Ślimak słuchał z uwagą i stopniowo jakby wracał do przytomności.

— Może to i tak — mruczał — że Stasiek umarł swoją śmiercią...

Zapukał do okna i wywołał z izby żonę. Ukazała się po chwili na progu.

— Czego? — rzekła, trąc oczy zapuchnięte z płaczu.

— Cóżeś ty nic nie mówiła, że Stasiek od zimy chorował? Nie mógł latać, a jak się zmęczył, to go dusiło i mroczyło?

— Jużci chorował — odparła — ale cóż byś ty mu pomógł?

— Nie pomógłbym, ale zawdy chłopaka śmierć czekała.

Matka zapłakała po cichu.

— Jużci nie wywinąłby on się od śmierci — rzekła, szlochając — tak czy siak. A dziś sam ją, nieszczęsny, w tę burzę przeczuwał, bo chodził po izbie jak nieswój i tulił się do wszystkich... O, żeby mi to do głowy przyszło, nie wypuściłabym go z chaty... W lochu bym go zamknęła... Szłabym za nim, gdzie by się ino ruszył...

— I w chacie by umarł, jeżeli przyszedł na niego taki czas — odezwał się bakałarz.