— I... nie tyle go ta Ślimak wygnał, ile on sam rwał się, żeby wytropić złodziejów, co nam konie kradną...

I brzydko, choć nieznacznie spojrzał na Jaśka Grzyba, który odzerknąwszy mu odciął:

— Tak będzie z każdym, co się nadto za koniarzami ugania. Ich nie połapie, a sam zginie.

— Przyjdzie i na nich termin — rzekł Grochowski.

— Nie przyjdzie!... Bo to jakieś, pary, śprytne — odparł Jasiek Grzyb.

— Da Bóg, że przyjdzie — upierał się Grochowski.

— Nie gadajcie tak głośno, bo i was kiedy okradną — zaśmiał się Jasiek.

— Może i okradną, ale niech Boga proszą, żeby na mnie twardy sen spuścił.

W czasie tej rozmowy strażnik odszedł do kancelarii, pisarz gminny z wielką uwagą oglądał nieboszczyków, a wójt krzywił się, jakby pieprz gryzł. Wreszcie odezwał się, wskazując na sanie:

— Trza tych nieszczęśników od razu zawieźć do sądu. Tam je naczelnik, felczer i niech se robią z nimi, co wypada... Jedź, stójka — zwrócił się do właściciela sani — a ja was z pisarzem dogonię. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby w gminie tak zamarzli...