Ślimak wyjrzał do drugiej izby, ale Zośki na ławie nie było.

— A co, nie mówiłem!... — zawołał i pędem wybiegł na podwórko. Już otrzeźwiał.

Istotnie, był to pożar jego własnej chałupy. Paliła się część dachu od strony gościńca. Z powodu grubej warstwy śniegu okrywającego strzechę ogień rozszerzał się powoli. Nawet w tej chwili można go było ugasić, ale Ślimak nie myślał o gaszeniu.

Wrócił do alkierza, targnął żonę i zawołał:

— Wstawaj, Jagna!... pali się izba!...

— O, daj mi ta spokój!... — odparła nieprzytomna kobieta, okrywając głowę kożuchem.

Ślimak schwycił ją i potknąwszy się o dwa progi zaniósł owiniętą w kożuch pod szopę. Potem wyniósł jej odzienie i pościel, wybił drzwi do komory i wyciągnął skrzynię, gdzie leżały pieniądze; nareszcie wywaliwszy okno począł wyrzucać sukmany, kożuchy, woreczki z leguminą, stołki i naczynia kuchenne. Zmęczył się, pokaleczył ręce, spotniał, ale jeszcze nie stracił odwagi, bo wiedział, z jakim walczy nieprzyjacielem.

Tymczasem cały dach stanął w płomieniu, a przez szczeliny w powale zaczął pokazywać się w izbach dym i ogień. Wtedy dopiero Ślimak cofnął się na oświetlone podwórko ciągnąc za sobą ławę. Odniósłszy ją pod szopę, chciał jeszcze wrócić się po stół. Nagle spojrzał na stodołę i — skamieniał. Z wnętrza stodoły także poczęły wydobywać się płomienie i lizać śnieg na dachu. Obok budynku stała Zośka wygrażając pięściami i krzycząc na całe gardło:

— Macie, Ślimaku, podziękowanie za moją dziewuchę!... Teraz wy zmarniejecie jak ona!...

Pobiegła ku jarom i wdrapawszy się na wzgórze, poczęła przy blasku ognia tańcować i klaskać w ręce.