— Co prawda, nie moje pieniądze, to mnie ręka o nich nie swędzi. Wreszcie, nie kupuję ode dworu, ino od chłopa. Ode dworu nie śpieszyłbym się z kupnem, bo w takich sprawach czekać nie wadzi.
— Ma się wiedzieć — odparł Ślimak. — Głupi śpieszy się, mądry czeka.
— I wszystko robi z rozmysłem.
— I robi z rozmysłem — potwierdził Ślimak.
W tej chwili ukazała się gospodyni z kulawym Maćkiem. Poszli oboje do alkierza i wysunęli na środek stół malowany na wiśniowo. Obok niego Maciek postawił dwa drewniane krzesła, gospodyni zapaliła nafcianą lampę bez kominka i nakryła stół obrusem.
— Chodźcie tu, sołtysie — odezwała się gospodyni. — Józek, prowadźże ich. Tu wam ładniej będzie wieczerzać.
Uśmiechnięty Maciek niezgrabnie cofnął się za komin, a dwaj gospodarze przeszli do alkierza.
— Piękna izba — rzekł Grochowski, oglądając się. — Świętych Pańskich sporo na ścianach; łóżko malowane, jest podłoga i badylki na oknie. Pewnie to wasza sprawa, kumo?
— A czyjaż by? — odparła zadowolona kobieta. — On wciąż kręci się koło dworu albo przy mieście, a o dom nie dba. Ledwiem go napędziła, że choć w alkierzu ułożył podłogę. Siadajcie, kumie, o tu, bliżej pieca, jakeście łaskawi. Zaraz podam wieczerzę.
Zwróciwszy się do komina nalała dwie miski jaglanego krupniku ze skwarkami. Mniejszą podała parobkowi, większą postawiła na nakrytym stole przed gościem.