Proboszcz podniósł na niego wybladłą twarz.
— Weź koszyk — rzekł zmienionym głosem — włóż mięso z obiadu, chleb, butelkę miodu i postaw w sankach.
Sługa zdziwił się, ale spełnił rozkaz.
„Może umiera? — myślał ksiądz. — Może by jeszcze z Sakramentami?...” — Niepodobna... — szepnął, znowu ujrzawszy owe oczy. — Jestem na wieki potępiony... Boże, bądź miłościw...
Bił się w piersi i wątpił o swoim zbawieniu, zapominając, że miłosierny Ojciec nie rachuje liczby rautów ani wypitych butelek, lecz te ciężkie walki, jakie stacza ze sobą ludzkie serce.
XI
W pół godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagrodą Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą spod kozła latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce, poszedł do stajni.
Pchnął drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej. Spojrzał w prawo — na barłogu siedział chłop, przysłaniając oczy od blasku.
— Kto to? — spytał Ślimak.
— Ja, proboszcz.