— Sam pójdę!... — ryknął Ślimak.

— Trzydzieści trzy ruble!... — jęczał Grochowski. — Zabij mnie... porąb na drobne kawałki, ale grosza więcej nie wezmę... Ja pies, ja Judasz, ja cię chciałem oszwabić i dlategom mówił, że do Grzyba krowę prowadzę... Alem ją prowadził do ciebie, boś ty mój brat...

Wzięli się obydwaj pod ręce i wyszli z alkierza, zmierzając zrazu do okna. Lecz gdy Maciek otworzył im drzwi do sieni, po kilku mniej pomyślnych próbach wydostali się na dziedziniec.

Gospodyni zapaliwszy latarnię wzięła z komory płachtę i poduszkę, ażeby posłać Grochowskiemu w stodole. Otóż idąc przez podwórko zobaczyła dziwną scenę. Ślimak leżał na kupie gnoju i zachęcał Grochowskiego do spania, a sołtys klęczał przy nim i ocierając łzy sukmaną mówił pacierz. Nad obydwoma stał zakłopotany parobek.

— Musieliście im coś mocnego zadać — rzekł do gospodyni.

— Wypili flaszkę okowity37.

— Oho! ho!...

— Wstawaj, ty pijaku! — zawołała kobieta do męża.

— Nie wstanę! — odparł z gniewem — a ty, babo, uciekaj, pókiś cała. Skończyły się babskie rządy!... Kupiłem krowę i wezmę od jaśnie pana łąkę... Tera nastąpią moje rządy.

— Józek, podnieś się — mówiła gospodyni — bo ci wody na łeb naleję.