Uznawszy słuszność tej uwagi Ślimak wyjął spoza lusterka gęsty grzebień i przygładził nim włosy, że świeciły nie gorzej od najjaśniejszego szkła. Potem starannie umył się mydłem, aż od zatłuszczonych palców zostały mu ciemne smugi na szyi.

— A gdzie Grochowski? — zapytał weselszym tonem żony, bo zimna woda dodała mu humoru.

— Poszedł.

— A jakże z pieniędzmi?

— Zapłaciłam mu. Ale nie chciał wziąć trzydziestu trzech rubli, tylko trzydzieści dwa: bo mówił, że kiedy Chrystus Pan trzydzieści i trzy lata żył na świecie, więc za krowę nie wypada brać tyle.

— Jużci prawda — potwierdził Ślimak, chcąc teologiczną erudycją zaimponować kobiecie.

Ale ona odwróciła się do komina i wydobywszy stamtąd garnczek jęczmiennego krupniku z mlekiem, podała go niedbale mężowi, mówiąc:

— No, no... nie gadaj, ino podjedz se i idź do dworu. A targuj się tak jak wczoraj ze sołtysem, to ci coś powiem!... — dodała ironicznie.

Upokorzony chłop wziął się do jedzenia, a tymczasem żona wydobyła ze skrzyni pieniądze.

— Naści dziesięć rubli — mówiła. — To panu daj do garści, a resztę odnieś mu jutro. Uważaj zaś, ile ci powie za łąkę, i zaraz pocałuj go w rękę, obejmij za nogi i proś, żeby choć ze trzy ruble opuścił. Nie odstąpi trzech rubli, to choć wytarguj z rubla; ale póty ich obejmuj, i jego, i jaśnie panią, aż coś opuszczą. Będziesz pamiętał?