Jako dworakowi:

Siędzie na konika,

Jedzie ku dworowi.

Chwilę pomyślał i znowu zaśpiewał, ale na przeciąglejszą nutę:

O dejdydy, dejdydy,

Wsadzili mię do biédy,

A do biedy, do jakiej?...

Tu urwał i westchnął, czując, że nie ma chyba piosenki, która by zakrzyczała jego niepokój: co będzie z łąką? czy mu ją pan wypuści, czy nie wypuści w arendę?

Właśnie teraz przechodzili koło niej. Ślimak spojrzał i aż się zląkł, taka dziś wydawała się piękna i niedostępna. Odżyły mu w pamięci wszystkie kary, jakie zapłacił za swoje bydło, które parobcy dworscy zajmowali na tej łące, wszystkie napomnienia i pogróżki dziedzica. Tajemniczy głos szeptał w nim czy poza nim, że gdyby ów szmat ziemi leżał gdzieś dalej i zamiast siana rodził piasek albo tatarak, to może łatwiej oddano by go w dzierżawę. Ale łąka zbyt wiele przedstawia wygód, ażeby nie miała budzić w nim pesymistycznych wątpliwości.

— Iii... co tam! — mruknął, spluwając z wielką fantazją — przecie mnie sami nieraz namawiali, ażebym ją wziął. Nawet mówili, że i mnie, i im będzie lepiej.