— Czego chcesz? — niecierpliwie zapytał Gromadzki.
— Panowie kazali mi tu przyjść... Może samowar nastawić?
— Nie potrzeba.
— To może zamieść, bo teraz mam czas...
— Niezadługo wyjdę, to zamieciecie.
— A może co zeszyć? — spytała złośliwie stróżowa, patrząc na igłę wpiętą w mundur Gromadzkiego.
Zawsze ją to gniewało, że taki pan, taki uczony, sam sobie wszystko naprawia, zamiast dać zarobek uczciwej kobiecie, obarczonej mężem i dziećmi.
— Dziękuję wam!... — odparł i zatrzasnął drzwi przed nosem troskliwej baby.
Odeszła, mrucząc jak niedźwiedzica, której zaniepokojono małe, Gromadzki wrócił do swej roboty, wziął się do niej z podwójną pilnością, ale w duszy jego zbudził się niepokój.
— Co tu robić?... — myślał. — Baba zaraz powie, że nie skracała spodni, a co ja im odpowiem, jeżeli zapytają o czterdziestówkę?... Kwieciński i Łukaszewski nie szykanowaliby mnie, ale Leśkiewicz?... Jutro zaraz przed całym uniwersytetem rozgada, że za czterdzieści groszy szyję cudze portki, jak świnia!...