— Żeby tak samo nie stało się z jego edukacją!... — szepnął wylękniony Kwieciński.
Powoli chłopak uspokoił się, odzyskał rumieńce, odpoczął. Następnie trzej opiekunowie otoczyli go kołem i wśród śmiechu jednych, a ubolewania innych gości wyprowadzili na ulicę.
Kwieciński zawołał dorożkę i rzekł do kolegów:
— Odwieźcie malca do domu, a ja muszę pójść...
— Do Walerki — wtrącił Leśkiewicz, podsadzając do powoziku chłopca.
Kwieciński pogardliwie spojrzał na Śledzia, lecz gdy dorożka ruszyła, zatrzymał ją i szepnął do Łukaszewskiego:
— Gdyby was napadła w domu Tekla, powiedzcie, żem chory i że poszedłem do doktora... Tak będzie najlepiej!...
— Już my się nią zajmiemy — rzekł szyderczo Leśkiewicz.
Szybko i bez przygody zajechali do domu. Łukaszewski chciał Walka wziąć pod rękę, ale chory wpadł na schody, jak zając, i już wyglądał z drugiego piętra, nim opiekunowie dostali się na pierwsze. Mimo to Łukaszewski, uspokoiwszy się, że chłopcu nic nie będzie, zawołał stróżową, i kazał jej nastawić samowar. Jednocześnie Leśkiewicz spostrzegł wiszące spodnie, już naprawione, i... pilnie je obejrzał.
— A pozszywaliście tak, jak wam pokazał pan Gromadzki? — odezwał się Łukaszewski do Barbary.