— To może wy, ale nie my — przerwał Kwieciński. — Patrz-że tylko, ile milionów ludzi zyskało od stu lat wolność osobistą, dobrobyt i oświatę... Zobacz, jak dziś traktują jeńców, rannych, a nawet przestępców... Pomyśl, do czego może dojść prawo międzynarodowe... Zrachuj, ilu ludzi z najniższych sfer przenosi się na wysokie stanowiska...

— Zapytaj się Gromadzkiego, kto był zdrowszy: jego ojciec w szkole elementarnej, czy on w uniwersytecie? — a zobaczysz, co to jest nasz postęp... — odparł z ironią Leśkiewicz i zaczął sobie rachować puls.

Gromadzki zerwał się od stolika i stanął we drzwiach.

— Naturalnie, że jest postęp!... — zawołał. — Mój ojciec był tkaczem, wuj felczerem11, a ja już będę lekarzem...

— Za to mój pradziad miał dziesięć wsi i dwa miasta, a ja nie mam dziesięciu koszul. To mi dopiero ulepszenie, gdzie, ażeby jakiś tam Gromadzki trochę zyskał, Leśkiewicze muszą stracić wszystko...

— To właśnie dobrze, że rodziny niezużyte wysuwają się naprzód, a upadają familie dziwaków i hypochondryków — odburknął Gromadzki, wracając do przepisywania.

Leśkiewicz poruszył się na ponsowym foteliku i ze złości ugryzł piórko u cybucha. Ażeby nie dopuścić go do odpowiedzi Gromadzkiemu, Kwieciński wtrącił:

— Właśnie, że dzisiejszy postęp najlepiej uwydatnia się w rozlewie praw, oświaty, a nawet nauki na wszystkie warstwy społeczne.

— Piękna oświata — odparł, zmieniając ton, Leśkiewicz — przy której nawet trudno znaleźć korepetytora dla malca.

— Masz chłopca?... — spytał Kwieciński, kontent12, że przerwała się drażliwa dyskusja.