— Owszem! — wykrzyknął Ferdynand zrywając się na nogi. — Niech mi ojciec odda część swej władzy, a zaraz jutro wezmę się do pracy. Ja czuję jej potrzebę... W pracy, ale ciężkiej, rozwinęłyby mi się skrzydła... A więc oddaje mi ojciec kierunek44 nad fabryką? Obejmę go jutro, byle działać, bo mnie już męczy takie puste życie!
Gdyby stary Adler miał do rozporządzenia trochę łez, zapłakałby z radości. Tym razem musiał ograniczyć się na wielokrotnym uściskaniu ręki syna, który przeszedł jego nadzieje.
Ferdynand chce kierować fabryką! Co za szczęście! Za kilka lat majątek ich podwoi się, a wówczas — zamieniwszy go na pieniądze, pójdą obaj w świat szukać szerszych widnokręgów dla młodego orlęcia.
Fabrykant źle spał tej nocy.
Na drugi dzień Ferdynand istotnie poszedł do fabryki i począł zwiedzać wszystkie oddziały. Robotnicy patrzyli na niego ciekawie, prześcigali się w udzielaniu mu objaśnień i spełnianiu rozkazów. Wesoły i przyjacielski chłopak w porównaniu ze swym groźnym ojcem dobre robił na nich wrażenie.
Z tym wszystkim około godziny dziewiątej rano przyszedł do kancelarii jeden z podmajstrzych ze skargą, że panicz żonę mu bałamuci i że między pracującymi kobietami zachowuje się niesfornie.
— To głupstwo! — mruknął Adler.
W godzinę po nim wbiegł obermajster przędzalni przestraszony i zaperzony.
— Panie pryncypale45! — zawołał do Adlera. — Pan Ferdynand dowiedziawszy się, że robotnikom zniżono płacę, namawia ich, ażeby opuścili fabrykę. Powtarza to we wszystkich salach i opowiada inne niesłychane rzeczy.
— Czy zwariował ten hultaj? — wykrzyknął stary. Posłał natychmiast po syna i sam wybiegł naprzeciw niego. Zetknęli się przed składami. Ferdynand miał w ustach zapalone cygaro.