...W tej chwili tokarnia dziwnie zgrzytnęła. Coś w niej pękło, zaczęło się łamać i — straszny jęk ludzki rozległ się po warsztacie.
Prawa ręka Gosławskiego dostała się między tryby, które zajęły mu naprzód palce, potem dłoń, potem kość łokciową. Krew trysnęła. Nieszczęśliwy oprzytomniał, jęknął, szarpnął się i — padł obok tokarni. Przez mgnienie oka wisiał jak przykuty do machiny, ale zmiażdżone kości i poszarpane muskuły nie mogły utrzymać ciężaru, przerwały się i Gosławski runął na ziemię.
Wszystko to stało się w ciągu kilkunastu sekund.
— Wstrzymać maszynę! — krzyknął sąsiad Gosławskiego.
Ślusarze, tokarze, kowale porzucili robotę i zbiegli się do rannego. Maszynę wstrzymano. Jeden z robotników wylał na Gosławskiego konewkę wody. Jakiś młody robotnik, zobaczywszy fontannę krwi tryskającą na tokarnię, na podłogę i na obecnych, dostał spazmów; kilku wybiegło z warsztatu nie wiadomo po co.
— Doktora!... — zawołał zmienionym głosem ranny.
— Bierzcie konie! Biegnijcie do miasteczka! — krzyczeli robotnicy jak nieprzytomni.
— Krew! Krew! — jęczał ranny.
Obecni nie wiedzieli, czego chciał.
— Na miłość boską, zatamujcie krew! Zwiążcie rękę.