— A doktor jest?
— Jeszcze nie ma.
Adler syknął. Nieobecność lekarza robiła na nim przykre wrażenie.
Około południa dano znać fabrykantowi, że doktor przyjechał. Stary szybko wyszedł z domu. Przechodząc około drzwi Ferdynanda, który po pijatyce jeszcze spał, zapukał w nie kijem; ale syn nie odezwał się.
Przed mieszkaniem Gosławskiego stało dużo robotników. W kościele mało kto był. Wszyscy pragnęli dowiedzieć się o losie rannego i usłyszeć szczegóły wypadku. Gosławską i dzieci wzięła do siebie sąsiadka.
Tłum szemrał, ale gdy zobaczono Adlera, umilkły rozmowy. Tylko najbojaźliwsi witali się z nim, inni odwracali się, a śmielsi patrzyli na niego, nie uchylając czapek.
Fabrykanta coś tknęło.
„Czego oni chcą ode mnie?” — pomyślał.
Zaczepił jednego z robotników Niemców i spytał, jak się chory ma.
— Nie wiadomo — odparł zapytany pochmurnie. — Podobno mu odjęli całą rękę.