— Ja się boję? — pytał.
Świeca trzęsła mu się w ręku.
— Jeżeli jutro pistolet będzie mi tak skakał, to dobrze wyjdę! — rzekł.
Spojrzał przez okno. Tam w mieszkaniu na dole, po drugiej stronie ulicy, siedział Zapora przy biurku i pisał wciąż — równo i spokojnie.
Widok ten otrzeźwił Ferdynanda. Dzielny temperament wziął górę nad przywidzeniami.
„Pisz sobie, kochanku — pomyślał, patrząc na sędziego — a ja ci postawię kropkę!”
Na korytarzu rozległo się stąpanie. Zapukano do drzwi.
— Wstawaj, Ferdynandzie, biba gotowa! — zawołał ktoś.
Usłyszawszy znajomy głos, Ferdynand był już zupełnie sobą. Gdyby mu przyszło skoczyć w przepaść najeżoną bagnetami, nie zmrużyłby oka. Czuł znowu siłę lwa i tę szaloną odwagę młodości, dla której nie ma niebezpieczeństw, nie ma granic.
Kiedy otworzył drzwi i zobaczył swoich towarzyszy, wybuchnął serdecznym śmiechem. Śmiał się z chwilowego rozdrażnienia, z przywidzeń i z tego, że mógł pytać siebie: „Czy ja się boję?”