Ostatnia ta uwaga zapieczętowała szereg tych medytacji. Wilski wstał z krzesła i przeszedł się po pokoju, jak człowiek, który już wie, co mu zrobić wypada.

„Cnoty toną w interesie, jak rzeki w morzu” — powiedział La Rochefoucauld. Miał słuszność.

Władysławowi głowa pałała, pulsa biły jak młoty. Otworzył lufcik i głęboko odetchnął. Na dworze była noc i cisza, w jego pokoju dogorywała lampa.

Gdy odwrócił głowę, zdawało mu się, że wśród pomroki niknie przeciwległa ściana pracowni, odsłaniając przed jego oczyma wykwintny buduar24, pełen bogatych sprzętów i upajającej woni. Na fotelu pokrytym ciemnozielonym aksamitem siedziała, a raczej leżała kobieta z głową odrzuconą w tył, z przymkniętymi oczyma i wyrazem zachwytu na śniadej twarzy.

„Mów cokolwiek! — szeptało widmo — Niech usłyszę głos twój...”

— Ach! Ach! — rozległ się jęk w pokoju Helenki.

Wilski wybiegł tam.

— Co ci jest, Heluniu?... — zawołał.

— To ty, Władziu?... Nic... Śniło mi się coś, zresztą nie wiem...

— Może nasze miliony? — spytał z uśmiechem.