— Łapajcie go! — krzyknął poszkodowany, nie wiedząc, czy się obcierać, czy gonić organistę, który uciekał po linii według jego zdania najkrótszej, lecz w każdym razie bardzo pogiętej.
Teraz obecni wdali się między obrażonych. Wyrzucili za drzwi organistę i poczęli mitygować kowala, który nie posiadał się z gniewu.
— Dam ja ci, dławidudo!... — wrzeszczał Szarak, ujrzawszy za oknem uroczystszą niż kiedy fizjonomią21 organisty.
— Józefie!... kumie!... panie kowalu!... — perswadowali pośrednicy — uspokójta się!... Co się wam gniewać na pijanego?... On durny, on sam nie wie, co robi...
— Zbiję rozbójnika na nic!...
— Dajta spokój, panie Szaraku!... Co to bić?... bić nie każdego wypada... On ci także duchowna osoba i zaraz po wikarym pierwszy!... Jeszcze by was Bóg skarał...
— Nic mi nie będzie!... — odparł kowal.
— No, że wam nic... Ale macie żonę, dziecko!...
Ostatnie wyrazy cudowny wywarły skutek. Na myśl o żonie i dziecku rozbestwiony kowal uspokoił się i nawet usiłował stłumić w sobie uczucie zemsty. Jużci co prawda, to prawda, że organista idzie zaraz po wikarym; a nuż by się Pan Bóg za obicie go rozgniewał i na żonie lub dziecku krzywdy dochodził?...
Wyszedł z karczmy okrutnie markotny.