— Ach, damże ja wam, hultaje! — szczeknął Kurta i dalejże gonić szkodników na wszystkie strony!...
Gonił i gonił, a pole przeciągało się do nieskończoności, zające mnożyły się jak krople deszczu ulewnego, a gospodarz, gospodyni i chłopcy patrząc na tę jego bieganinę wołali: „Aj! Kurta, jaki to pies pracowity, ani godzinki nie odpocznie!...”.
A Kurta wyciągnął się i cwałował tak, że aż ogon, który nie mógł podążyć za nim, został gdzieś z daleka. Ledwie dyszał, ale gonił.
Wtem nad głową marzącego psiska poczęła krążyć mucha i wymyślać mu cieniutkim głosikiem:
— Oj! Ty... ty... kundlu jakiś!... próżniaku!... Najadłeś się osypki26 i kiedy cały świat rusza się na słońcu, ty leżysz jak kłoda i drzemiesz!...
Ocknął się pies i kłap! na muchę zębami.
— Widzicie ją, darmozjada!... Ona mi tu będzie leżenie wymawiała, kiedy ja zające wyganiam z kapusty!...
I nie chcąc na obronę swego honoru czasu tracić, wyciągnął się jeszcze lepiej i — wrócił do czynności. A mucha wciąż krążyła nad nim, choć się marszczył i pazury nadstawiał, i piszczała:
— Oj! ty!... ty... kundlu jakiś, legarcie27!... Kazali ci dziecka pilnować, a ty się sam wysypiasz, próżniaku!...
I od tej chwili koper i pietruszka, nać kartoflana, makówki i słoneczniki, wiatr na niebie, oddech śpiącego Stasia, bociany na szopie i młoty w kuźni — wszystko to w takt szemrało: