Kowal zachmurzył się.

— Co nie mam mieć wstydu w oczach?... — mruknął.

— Przecież godzić się chcesz z organistą...

— Co mam chcieć?...

— Przecie dopiero co mówiłeś?...

— Co miałem mówić?... Toś ty gadała, że ojciec tak kazał, no a nam wypada go słuchać...

— Albo mój tatunio to twój ojciec?... Ty go nie potrzebujesz słuchać, tylko ja... Tyś nie powinien godzić się z organistą, choćbym ja nawet chciała na rozkaznie tatunia...

Ponieważ od kilku minut chłopcy w kuźni wodzili się za łby, co robiło dość wielki szelest, kowal więc pragnął już wrócić do roboty, a może i uwolnić się od kłótliwej rozprawy z żoną. Rzekł więc energicznie:

— No, kiedy tak, to nie ma zgody z organistą. Ojciec niech sobie chce czy nie chce, mnie tam wszystko jedno. Ale ja nie chcę... Nie będę się godził... nie pojadę na niedzielę do młyna, ani ty jutro ze Staszkiem, i bast!...

— A właśnie, że ja pojadę jutro, a ty w niedzielę — przerwała żona.