— Proszę papy, państwo Kukalscy zaprosili nas na wieczór..

— Co? Na wieczór?...

— Przecież tatko nie odmówi, bo by to było nieprzyzwoicie — mówiła Helenka, całując w rękę srogiego ojca.

Wobec tego aktu pokory, starzec zmiękł.

— Kiedyż to? — spytał.

— We czwartek, o jedenastej wieczorem.

— Co?... O jedenastej wieczorem... I może jeszcze tańcować będziecie do siódmej rano?... Nigdy! Niech diabli porwą wszystkie tańce... Pamiętam, panna Róża Hładyszewska tańcowała raz od 2 do 7, wyszła potem na dwór, dostała tyfusu i przejechała się na Powązki...

— Ale ja, papo, nie umrę.

— Nie umrzesz, bo nie będziesz tańcowała!

— Więc papo chce, żebym się cały karnawał nudziła? Już i tak nigdzie nie bywam!... — mówiła Helenka ze smutkiem. Ugodzony w serce starzec siadł na fotelu i pobożnie złożył ręce na brzuchu. Chwilę myślał a potem rzekł: