Krótko mówiąc, życie Zosi było pasmem cierpień i poświęceń, przenoszonych i dokonywanych z pogodną twarzą i niepospolitą energią ducha. Uboga ta szwaczka mogłaby się nazywać niewiedzącym o godności swojej aniołem, gdyby... gdyby obok tego nie była opuszczoną, ładną, a więc i grzeszną dziewczyną. Nie myślimy się tu rozszerzać nad jej występkiem; powiemy tylko, że kusiciel i wspólnik jej był młodzieńcem tyle wykwintnym, ile nikczemnym, że równie jak ona, mieszkał w domu pana Horacego i często składał mu wizyty.

Zosia z okienka swego widziała niekiedy, jak elegant wbiegał na schody gospodarza; wiedziała, że ten ma pieniądze i ładną córkę. Wówczas zamyślała się, odkładała na bok robotę i gorzko płakała.

We środę, około 11-ej z rana, Zosia, siedząc przy swej maszynie, usłyszała jakieś ciężkie stąpania na schodach. Za chwilę w wąskich i niskich drzwiach izby ukazał się stróż.

Zosia ścierpła, pomyślawszy o niezapłaconym komornem.

— Panno! A jest tam panna? — zaczął stróż.

— Czego to chcecie, mój Józefie?

— Chcę, żeby panna poszła do roboty do naszej panienki.

— Cóż to za robota?

— Jakaś tam suknia do balu! — mruknął stróż.

— Mój drogi Józefie! — rzekła po namyśle szwaczka. — Powiedzcie wy lepiej, że mnie nie ma!... Ja się waszego pana bardzo boję...