Gdy to mówił, kołdra opadła mu z piersi; drżał, wyciągał ręce przed siebie, a oczy patrzały tak bystro, jakby aż na drugą stronę grobu miały sięgnąć. Tymczasem wiatr szumiał w dymniku, a po ścianie izby spływała wilgoć.

— Muszę pójść do doktora, on mnie wyleczy. Potem do Szczawnicy... Trzeba się odżywić, a potem... już nie będziemy samotni...

Pac! pac! pac! — odpowiadały spadające krople.

— Zbytków25 u nas nie będzie; może być jeszcze dużo kłopotów... ale już wspólnie... Razem! razem!...

Pac! pac! pac!...

O, jaki to straszny dom, co wzdycha i ściany, które płaczą!

Chory znowu zakaszlał i ocknął się.

— Antoni!... Antoni!...

— Zara!... Zara!... — odpowiedział stróż. — Aa... to pon?...

— Czuć jakąś spaleniznę?...