— To jest cygańska próżnia — mówi E. głosem, który nie ma żadnej z cech jej głosu, który wydobywa się ze zwojów oczywistości, z samego ich środka. Potem otwiera oczy i mówi już swoim głosem: — Przeszli tędy i zamknęło się po nich. Nie zassie nas. Trzeba mieć rozessywacz.
Na wzgórze wjeżdżają pierwsi Hunowie. Ten, który jechał na czele, zatrzymuje konia koło otwartych drzwi baszty, zeskakuje na ziemię i wchodzi do środka. Inni, którzy podjeżdżają, wchodzą za nim. Widzę przez mury, jakby były przezroczyste, jak wchodzą po kręconych schodach na górę.
— Mam — mówię w olśniewającym blasku poczucia własnego geniuszu. — Mam to.
Tym razem skaczemy raczej przed siebie niż w dół, od razu zaczynając od słowa JESZCZE. JESZCZE znosi nas kawałek w dół, udało się. Od razu śpiewamy resztę:
POLSKA
NIE ZGINĘŁA
PÓKI MY ŻYJEMY
CO NAM OBCA
Działa jak wolno rozpinający się spadochron.
Opadamy kawałek w dół, każde słowo rozpruwa kolejny kawałek próżni, przestrzeń się otwiera, spadamy —