A potem pierwsi ranni.
Biali, dłudzy, leżeli sztywno na płask na swoich noszach, stróżowani przez szare siostry z czerwonymi krzyżami.
Nie wyglądali już jak cynowe żołnierzyki Stasia. Może nawet nie wyglądali jak ludzie... To było samo cierpienie, nieszczęście, śmierć — to była — wojna.
Więc to ci sami, co tak niedawno przeciągali tu pod oknami mocni, butni21, weseli?
Nie mogłem pojąć. Wiedziałem, a nie wierzyłem, że tak jest.
Automobile, wozy, dorożki, jedne za drugimi jechały wolno, ostrożnie, przeładowane bólem.
Rannych witano płaczem i okrzykami. Rzucano im kwiaty.
Och, te uśmiechy spod bandaży na woskowo bladych twarzach!
Och, te spojrzenia spod upadłych kwiatów, straszne niemym pytaniem!
Widziałem je. Widziałem tak dobrze z mego wysokiego okna. Chwytałem je i składałem w pamięci wszystkie, wszystkie!