Starałem nieraz porozumieć się z lecącymi kulami. Ale te zbyt były pijane pędem.

Przelatywały tylko tuż koło mnie ze świstem: — „Niosę śmierć!” — a potem padały martwo i pytane nie pamiętały, kto i przeciw komu je słał.

Były już tylko niewinnymi kawałkami żelaza.

Byłem bezsilny. Nie mogłem ustrzec nikogo, ulżyć w niczym.

Musieli sami do końca spełniać podjęte dzieło ofiary.

A pełnili je tak radośnie jakby nie o życie, a o zabawę tu szło.

Szli szeregami w najcięższy bój, śpiewając. Śpiewając brali moskiewskie okopy. Śpiewając marzli na mrozie i gnali milami w skwarze pylnych dróg letnich.

A na czele zawsze On, zawsze myśl Jego, pieśń o Nim.

„Jedzie, jedzie na kasztance,

Siwy Strzelca strój...