Mała popatrzyła w górę przez łzy. Czar się dokonał. Łzy obeschły. Drobna rączka podniosła się, ukazując paluszkiem mnie, a trzęsące się usta powiedziały wyraźnie z ostatnim jeszcze przydechem płaczu:

— Niedźwiedź.

Wiara była uszczęśliwiona. Jeden z chłopców poskoczył piorunem, rozciął drut, którym byłem przymocowany do podwody, ujął mnie i piszczącego zabawnie, podał dziewczynce.

Mała nie dowierza. Buzia jednak rozwesela się, jakby padł na nią promień słońca. Ja piszczę coraz śmieszniej. Mała waha się. Wreszcie dwa wychudłe ramionka porywają mnie i przyciskają z całej siły do piersi, w której trzepoce wciąż jeszcze mocno zbolałe serduszko.

Żołnierze uśmiechają się na ten widok. Ale w niejednem oku błyska łza.

Teraz można już rozmówić się z małą:

Nazywa się Zosia. Zosia Tomicka. Tatusia nie ma. Była sama z Mamą. Mama uczyła w szkole — Ciocię ma, ale daleko — aż w „Śtaniślawie”.

Żołnierze domyślają się, że to Stanisławów58. Ale cóż to pomoże? Stanisławów z tamtej strony. Ani myśleć o odwiezieniu dziewczynki.

Patrzą oto na to maleństwo, które teraz obsypuje mnie pocałunkami, i nawet żal im myśleć o odwożeniu.

Mała od chwili dostania mnie w ręce czuje się już jak w domu. Ktoś posadził ją na wóz, podłożył derkę59. Zosia mości się jak najwygodniej i powiada do mnie: