— To go pilnujcie, towarzyszu! To już wasza rzecz. Na to obrali was przewodniczącym. Zapisujcie. Tylko tak, żeby każdy mógł się wypowiedzieć całą gębą. Ty masz zdanie takie, a ja mam takie. A wymachiwanie dzwonkiem jak w kapitalistycznym parlamencie, tak że nie słychać nikogo — cóż to za porządek?
— Towarzysze! Proszę o spokój! Głos ma towarzysz Lerbier.
— Ja, towarzysze, długo mówić nie będę. Jako komisarz aprowizacji, obwijać prawdy w bawełnę nie mam po co. Stan aprowizacji republiki jest katastrofalny. Jeżeli wydawać po ćwiartce chleba, jak ostatnimi dniami, starczy najwyżej na trzy dni. A i to już licząc, że ludność zmniejszy się w międzyczasie o odpowiedni procent. Wczoraj rozdaliśmy ostatni worek kartofli. Za trzy dni, towarzysze, nikt nie będzie miał co włożyć do gęby. Republika skazana jest na śmierć głodową.
— A wyjście? Jakież jest wyjście?
— Wyjście, towarzysze, moim zdaniem, jest jedno. Przedrzeć się na terytorium koncesji amerykańskiej i opanować jej składy. Moim zdaniem, towarzysze, imperialiści angielscy i amerykańscy z głodu jeszcze, jak świat światem, nie umierali; na pewno nagromadzili sobie przyzwoity zapasik prowiantów. Musimy, naturalnie, być przygotowani z ich strony na zajadły opór. Milicja angielska jest uzbrojona od stóp do głów i, żeby dostać się na ich terytorium, sforsować będziemy musieli dwa rzędy barykad i wyrżnąć ładnych parę tysięcy dżentelmenów. Innej rady jednakowoż nie widzę. Ludność pójdzie chętnie, jak tylko się dowie, że chodzi o wyrzucenie z Paryża Anglików. Wiadomo, że to nie rozwiązanie kwestii, ale przynajmniej odroczenie jej na jakiś czas, dopóki starczy zapasów amerykańskich. Jeżeli ktoś z towarzyszy widzi lepsze wyjście — proszę. To wszystko, towarzysze, co chciałem powiedzieć. Skończyłem.
— Spokój! Proszę o spokój! Głos ma towarzysz Laval.
— Ja, towarzysze, ze zdaniem towarzysza-przedmówcy w żaden sposób zgodzić się nie mogę. Pewnie, wyrżnąć parę tysięcy angielskich kapitalistów i oczyścić śródmieście Paryża — to rzecz pożyteczna, nie ma co gadać. Ale teraz na to jeszcze nie pora. Zresztą wyręczy nas w tym czyściej i dokładniej dżuma. O parę dni ubijać się nie warto. A przede wszystkim dlatego, że nie wierzę, towarzysze, w te składy żywności, które spodziewa się znaleźć na terytorium koncesji towarzysz Lerbier. Bo i skądże by je Anglicy wzięli? Co innego pieniądze. Pieniędzy znaleźlibyśmy z pewnością kupę. Ale co nam, towarzysze, teraz po pieniądzach? Chleba za nie nie kupi. Nie warto po to, towarzysze, przelewać naszej krwi proletariackiej. A prowianty, jeżeli jakieś tam nawet były, zeżarli już dawno sami. Nie pożywimy się tym. I oczyszczać Paryż, towarzysze, jeszcze za wcześnie. Póki się sam z dżumy nie oczyści, niewielką będziemy mieli z niego pociechę. Nie, towarzysze, szukać żywności w Paryżu na diabła się zdało. Wygubimy tylko na barykadach połowę proletariatu, a i tak zostaje go z każdym dniem coraz mniej. Czymże, towarzysze, jakimi siłami opanujemy Paryż, jak wygaśnie w nim zaraza? Trzeba strzec, towarzysze, pilnować jak oka w głowie każdej kropli krwi proletariackiej, a nie pomagać jeszcze dżumie w jej robocie.
— Nie pomożesz jej ty, to jej głód pomoże! Bez chleba długo nie wyżyje!
— Wiem, towarzysze, bez chleba nie wyżyje, ale i z jedną pajdą też daleko nie zajedzie. I szukać tej pajdy musimy gdzie indziej, tam, gdzie wiemy na pewniaka, że jest, a nie tam, gdzie z góry wiemy, że jej nie ma. Szukać jej, towarzysze, musimy za kordonem.
— A jakżeż, towarzyszu, przez kordon? Przez kordon ręką nie sięgnie. I przebić się, wiadomo, nie sposób.