Co prawda, od pierwszych chwil istnienia republiki, na rozkaz KC przedsięwzięte zostały najenergiczniejsze środki w walce z zarazą. Korzystając z zamieszania, jakie zapanowało w skołowaciałych dzielnicach burżuazyjnych, republika Belleville w zuchwałym wypadzie zawładnęła instytutem Pasteura i ciężarowymi autami przewiozła na swoje terytorium cały jego inwentarz. We wzorowo urządzonych laboratoriach dziesiątki uczonych, oddanych sprawie proletariatu, pracowały dniem i nocą w nadludzkim wytężeniu nad unieszkodliwieniem śmiertelnego zarazka. Codziennie dokonywano próbnych szczepień nowo wynalezionych surowic, niedających, jak i wszystkie poprzednie, pożądanych rezultatów.

Po miesiącu bezskutecznej walki towarzysz Lecoq przestał wierzyć w możliwość pomyślnego wyniku. Na rozgrywające się dokoła wypadki patrzył z ciekawością przyrodnika obserwującego obumieranie komórek. Cierpiał nad tym, że tyle materiału dokumentalnego przepadnie na darmo, nie stanie się nigdy dobytkiem ludzkości. Myśl ta dręczyła go po nocach.

Wymrą wszyscy, nie zostanie nikt, kto by mógł odtworzyć dla przyszłych pokoleń historię tego miasta, niezapomnianą i chimeryczną.

Postanowił wreszcie sam, po kryjomu, na podstawie zebranych danych, ustnych relacji i naocznych spostrzeżeń spisać jego kronikę. Umrze on, wymrą wszyscy, zostanie rękopis. Przeminie dżuma, przyjdą nowi ludzie, odnajdą go, otrząsną z kurzu, nie zginie na zawsze ten obfitujący w cenne doświadczenia płat historii, niepowtarzalne perypetie tego makabrycznego okresu.

I po nocach, ukradkiem, w godzinach wolnych od zajęć służbowych, wciągał do grubego brulionu zebrane w ciągu dnia wiadomości, porządkując i uzupełniając napływające bez ustanku dokumenty i przyczynki.

Otwarłszy brulion na ostatniej zapisanej stronie, towarzysz Lecoq jeszcze raz pomyślał o Lavalu. Co za wspaniały egzemplarz! O takich — pisać epopeje. Trzeba zresztą poczekać końca wyprawy. Co za patetyczny rozdział! W zamyśleniu przerzucił kilka stronic. Zatrzymał się na ostatniej notatce, dotyczącej powstania na terenie placu Pigalle i ulic okolicznych nowej autonomicznej republiki murzyńskiej, założonej przez Murzynów Montmartre’u (dżazbandystów i odźwiernych), na znak protestu przeciw panującej na terytorium dzielnic centralnych murzynożerczej władzy amerykańskiej. Według danych świadków naocznych, każdemu białemu, schwytanemu w obrębie nowego państewka, Murzyni obcinają głowę z zachowaniem wszystkich ceremoniałów przejętych od Ku-Kluks-Klanu.

Towarzysz Lecoq odwrócił nową kartę, wyjął stylo24, przewertował w myślach zebrane przez dzień dzisiejszy materiały, potem starannie, u góry stronicy, równym drobnym pismem skreślił tytuł nowego rozdziału:

PRZYPOWIEŚĆ O GRANATOWEJ REPUBLICE

Nikt nie zauważył i nie głowił się nad tym, gdzie podzieli się nagle z rogów ulic mali pompatyczni ludzie w granatowych pelerynkach, którzy, jak naturalne, nieodzowne akcesoria, wznosili się tam od dziesiątków lat.

Wiadomo jednak powszechnie, że nic w naturze nie ginie.