Raporty na ogół nie były pocieszające. Pomimo zastosowania środków nadzwyczajnych dżuma rozpowszechniała się na terenie nowego państwa powoli, lecz nieustannie. P’an Tsiang-kuei postanowił rozprawić się z nią po azjatycku.
Na czwarty dzień istnienia nowej republiki na murach domów ukazał się przejmujący chłodem dekret. Stwierdzając, że panująca obecnie forma dżumy okazała się w praktyce nieuleczalna i zarażeni nią osobnicy, podtrzymywani sztucznie przy życiu, stają się jedynie dalszymi rozsadnikami epidemii, dekret oznajmiał, iż na przyszłość każdy z zarażonych podlegać będzie natychmiastowej egzekucji. Obywatele zdrowi obowiązani są donosić niezwłocznie o każdym wypadku zasłabnięcia. Winni ukrywania zarażonych podlegać będą rozstrzelaniu na równi z nimi.
Suche raporty telefoniczne donosiły co chwila o nowych egzekucjach. Dżuma podjęła wyzwanie. Na zielonym suknie stołu, gdzie, miast25 kart, padały z szelestem podpisywane w locie kartki rozkazów, rozgrywała się hazardowna26 partia. Z głębi wysokiego fotela P’an Tsiang-kuei kładł na podawane mu kolejno do podpisu dekrety zygzak swego nazwiska, jakby rzucał na stół nowy atut. Partnerka odpowiadała skądś, z daleka, przez tubę słuchawki telefonicznej, cyfrą nowych egzekucji.
Przedyktowawszy wszystkie cyrkularze, P’an Tsiang-kuei odprawił gestem obie maszynistki i pozostał sam w mroczniejącej z wolna sali. Wytężony w nierównej, bezsennej walce umysł domagał się wypoczynku. Dzwonek telefonu wykasłał nową cyfrę straconych. P’an Tsiang-kuei z wściekłością odczepił słuchawkę i cisnął ją na stół. Bezsilne usta słuchawki syczały zjadliwie w próżnię.
P’an Tsiang-kuei zapragnął nagle powietrza. Od trzech dni nie opuszczał sali, przykuty do fotela. Wcisnąwszy kapelusz, zamknął salę na klucz i po szerokich kamiennych schodach zbiegł szybko na ulicę, obok wyprężonych skośnookich wartowników.
Na ulicach było pusto. Po bezludnych wąskich trotuarach przemykali gdzieniegdzie samotni żółci przechodnie.
Znajomymi ulicami dotarł P’an Tsiang-kuei do ogrodu Luksemburskiego, zamienionego na państwowe krematorium. Skądś, z głębi, powitał go suchy trzask salwy. P’an Tsiang-kuei zmarszczył się i przyśpieszył kroku.
Dziwnym rykoszetem wrażeń przyszedł mu nagle na myśl profesor, wywołując na jego wargi nieczęsty uśmiech.
W noc przewrotu, na mocy specjalnego rozkazu, profesor, jedyny z białych, został aresztowany i internowany w jednym z pałacyków Dzielnicy Łacińskiej, w którym przebywał w najściślejszej izolacji.
W pałacyku było urządzone wzorowe laboratorium, gdzie, pod osobistym kierownictwem profesora, kilkunastu Chińczyków, asystentów i studentów bakteriologii, ślęczało dwadzieścia cztery godziny na dobę nad wynalezieniem zbawczej szczepionki, zdolnej zniszczyć morderczego bakcyla.