Panteon był pusty i od wysokiej kopuły, od cienistych naw wionęło chłodem i spokojem. Pusta kasa świeciła po dawnemu niegościnnym napisem: „Wejście 2 franki”. Samotne kroki po kamiennej posadzce przedrzeźniały się długo dudniącym, wielokrotnym echem. Ze wszystkich stron białkami oczu bez źrenic wpatrywały się w przybysza dobrze znajome postacie...

*

Deszcz ustał już dawno, gdy P’an Tsiang-kuei ukazał się na powrót w drzwiach Panteonu.

Dokoła sztachet zebrała się w międzyczasie grupka żółtych witająca dyktatora okrzykami entuzjazmu. Odkłaniając się niezręcznie, P’an Tsiang-kuei postawił w zakłopotaniu kołnierz od palta i zniknął szybko w krętych uliczkach.

Zapadł już mrok i na tonących w ciemnościach pomostach trotuarów żółci latarnicy zawieszali pośpiesznie misterne kule papierowych lampionów, pstre akcesoria jakiejś fantasmagorycznej nocy weneckiej.

W laboratorium profesora ustało się mdłe, cieplarniane powietrze, oprowadzające wszystkie kontury chwiejną, rozdwojoną linią; jak muchy pod grubym szklanym kloszem słaniali się w nim rozleniwiali ze zmęczenia, senni asystenci.

Profesor z rozwichrzoną czupryną przelewał z retorty do retorty mętną białawą ciecz, mieszał ją z substancjami zawartymi w szeregach probówek, przygotowując jakąś reakcję. Na zapytania P’an Tsiang-kueja odmrukiwał niezrozumiale, niecierpliwie opędzając się przed nimi rękoma. Niepodobna było wydobyć z niego ani słowa.

Na wpół nieprzytomni z wyczerpania asystenci zdawali się nie rozumieć zadawanych im pytań, odpowiadali nie od razu i od rzeczy.

Pokręciwszy się chwilę po salach, P’an Tsiang-kuei rzucił okiem na zegarek. Była siódma, godzina wieczornego raportu. P’an Tsiang-kuei szybkim krokiem podążył ku wyjściu. W drzwiach zderzył się z rozpędu z małym asystentem w białym chałacie. Prysnęło szkło. Wylana ciecz obryzgała P’an Tsiang-kuejowi twarz i ubranie. Mały asystent przepraszał. P’an Tsiang-kuei spojrzał na zaciśniętą w palcach asystenta szyjkę strzaskanej probówki, podniósł wzrok na bielejącą przed nim plamę twarzy. Twarz wydała mu się skądś znajoma. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć. Wąskie drgające wargi. Mały Japończyk-czyścioszek. Prosił o protekcję dla żony...

Japończyk rozpływał się w przeproszeniach. P’an Tsiang-kuei ostro spojrzał mu w oczy i natknął się na opór pary zimnych, utkwionych w nim źrenic. Przez chwilę wydało mu się, że dostrzega w nich dwie drwiące iskierki. Bez słowa zawrócił na pięcie i poszedł w głąb laboratorium. Dobył z szafy aptecznej wielką butlę z rozczynem sublimatu, zlał nim całe ubranie, długo i starannie mył twarz i ręce. Potem, nie patrząc na przepraszającego wciąż jeszcze asystenta, szybko zbiegł po schodach.