Pijany rotmistrz z nabiegłymi krwią, mętnymi oczyma zaczął gramolić się na górę. Szło mu to niesporo. Niepewne nogi ześlizgiwały się ze szprych, ręce, jak drewniane, nie mogły udźwignąć bezwładnego ciała. Wreszcie silnym podrzutem przewalił się przez ramę i wyrżnął twarzą o coś miękkiego, nieruchomego. Podźwignął się i ciężko siadł na jakimś przypłaszczonym wałku.
Zza chmury wyjrzał wyleniały księżyc; w jego dymnym świetle rotmistrz Sołomin ujrzał dno platformy zasłane powałem czarnych, stężałych ciał. Skądś z rogu dobywał się jęk.
Rotmistrz Sołomin odwrócił się w tę stronę, wyciągając z pochwy zgrubiałymi palcami kolbę nagana.
Z głową opartą o ramę leżał tam na wznak człowiek lat dwudziestu kilku, o jasnej, regularnej twarzy, po której łzami zaskórnego płaczu spływał pot. Na czoło spadały mu w nieładzie pozlepiane kosmyki jasnych włosów. Ze sczerniałych warg, jak dym przez szparę w polepie, wydobywał się jęk.
Rotmistrz Sołomin nachylił się niżej nad leżącym i, chwyciwszy go garścią za marynarkę na piersiach, uniósł i posadził sztorcem.
— Aha! Cienko coś śpiwasz, bratku. Nie rób umrzyka. Przyszedłem w gości. Pogadamy.
Posadzony bezwładnie, jak kukła, człowiek otworzył nieprzytomne oczy i chrapliwie wyszeptał:
— Pić!
— Pić chcesz? — przedrzeźniał Sołomin. — Cóż, na, possij! — rzekł, wpychając choremu do ust lufę nagana.
Chory spieczonymi wargami przypadł do chłodnej lufy i chciwie począł ją ssać.