*
Przy wejściu do American-Express na mistera Dawida czekał już lift-boy, który powiózł go windą na drugie piętro (posiedzenie poufne, gabinet nr 7).
W gabinecie, przez błękitnawą mgłę cygarowego dymu, mister Dawid nie od razu rozróżnił sylwetki swych pięciu kolegów amerykańskich, wynurzających się z objęć wygodnych klubowych foteli. Uderzyła go nieobecność kolegów-Anglików.
Mister Dawid zasiadł w przeznaczonym dla niego fotelu i, wziąwszy z usłużnie podsuniętego mu pudełka pękate cygaro, zapadł w pytające milczenie.
Z kłębów błękitnego dymu, jak przez tłumik, doleciał go dostojny, gardłowy głos mistera Ramsay’a Marlingtona:
— Sądzę, panowie, że skoro jesteśmy już w komplecie i wszystkim nam wiadomy jest cel dzisiejszego zebrania, możemy, nie tracąc czasu, przystąpić wprost do omówienia szczegółów sprawy. Chciałbym jednak przedtem usłyszeć zdanie w tej materii mego wielce szanownego kolegi, mistera Dawida Lingslay’a; być może, posłuży nam ono za podstawę do dalszej dyskusji.
— Przepraszam panów — odezwał się bez pośpiechu z głębi swego fotela mister Dawid. Aksamitnosina atmosfera pokoju działała na niego usypiająco. — Muszę jednak stwierdzić, że nie poinformowano mnie w ogóle o celu dzisiejszego zebrania, i zanim będę mógł coś powiedzieć, musiałbym wprzód zapoznać się z przedmiotem obrad.
Wszystkie głowy, jak na komendę, wychyliły się z głębin foteli, zwrócone w jego stronę.
— Czy możliwe? — wycedził mister Marlington i w głosie jego zabrzmiało zdziwienie. — Czyż nie odwiedziła pana dziś rano delegacja miasta żydowskiego?
Fotel mistera Dawida wydał zdławiony okrzyk torturowanych sprężyn.