Pięciu panów dźwignęło się ociężale z foteli.
Mister Dawid pożegnał się i pośpieszył ku drzwiom.
— A co się tyczy tych trzech tysięcy Żydów i wpuszczenia ich do Ameryki — dmuchnął w ślad za nim wraz z obłokiem dymu mister Marlington — to o nich niech się pan nie kłopoce. Ten drobny szkopuł z łatwością da się zlikwidować na miejscu. Niech pan to pozostawi mnie...
Zresztą mister Dawid dosłyszał już tylko pierwszą połowę ostatniego zdania. Drugą odcięły zasunięte z trzaskiem drzwiczki windy.
Po jego odejściu panowie zamienili porozumiewawcze spojrzenia.
— Ciekawe, jakiego rodzaju kombinację planuje nasz czcigodny kolega, Lingslay — rzucił mimochodem jeden z foteli.
— I ile też my za nią bekniemy? — wtrącił drugi.
— Czy aby czasem Lingslay nie zmówił się z Żydami, że wyjedzie z nimi sam, pozostawiając nas w Paryżu? Czy zauważyliście, panowie, jego zmieszanie, gdy się dowiedział, że u wszystkich nas byli dzisiaj delegaci żydowscy?
— Tak, moim zdaniem, należy Lingslay’a mieć na oku. Niewątpliwie coś się w tym kryje. Sam Lingslay jest z pochodzenia Żydem. Byłoby niezmiernie głupio, gdyby się nagle okazało, że wystrychnięci zostaliśmy na dudków i że przegapiliśmy taką wyjątkową okazję.
— Możecie panowie być spokojni — rozległ się z kąta dostojny głos mistera Ramsay’a Marlingtona. — Dzięki temu, że mister Dawid i ja pracujemy od dawna w pokrewnych gałęziach przemysłu, detektyw mój starym zwyczajem nie odstępuje go ani na krok. O każdym jego posunięciu będziemy dokładnie poinformowani i w chwili właściwej zawsze będziemy mogli interweniować. Tymczasem szykujmy się do odjazdu, aby nie dać się zaskoczyć wypadkom.