Późno wieczorem, po raz pierwszy od roku, mister Dawid stanął na progu pokoju bratanka. Bratanek leżał na kanapie z odrzuconą w tył głową i z kącików ust dwiema cienkimi nitkami na kosztowny dywan sączyła się krew.
Mister Dawid Lingslay widział od tego czasu wiele twarzy, żywych i martwych, ale ta jedna pozostała na zawsze, w nienaturalnym powiększeniu, przybita na obwieszonej setkami gracików ścianie pamięci.
Rozumiał wszystko: robotnicy burzą się, idą otwartą piersią naprzeciw salwom policji. Nie widział w tym żadnego bohaterstwa. Cóż w tym dziwnego, że nędzarze zazdroszczą bogactw bogatym. Wystarczy podwyższyć zarobki, a wrócą potulni do pracy. Nie miał dla nich nawet nienawiści, po prostu gardził nimi.
Aż oto tu urywały się wszystkie przesłanki logiczne. Bratanek mistera Dawida Lingslay’a, przyszły spadkobierca jego trzydziestu fabryk, prowadzący na splądrowanie przeznaczonych dla niego w przyszłości bogactw obdarty, drapieżny tłum... To nie mogło pomieścić się w głowie mistera Dawida, i myśl jego, przyzwyczajona do poruszania się we wszystkich szerokościach społecznych jak we własnym gabinecie, uderzała się o to łbem niby o nieprzebyty mur.
Znowu szerokim strumieniem popłynęły cyfry, lecz nie zmyły, nie zatarły nigdy bladej twarzy z kosmykami kasztanowatych włosów i dwiema nitkami krwi w bolesnych kącikach warg. Bratanek Arczi, pochowany na cmentarzu w New Yorku, w rodzinnym grobowcu Lingslay’ów, kpił sobie wyraźnie z kosztownych marmurowych płyt, prowadząc dalej swą przerwaną robotę. Z tłumu osaczonych demonstrantów, z depeszy o nowym strajku, te szpalty porannej gazety donoszącej o rewolucji w Chinach, zewsząd, spozierała na mistera Dawida blada twarz z czapką kasztanowatych włosów, czujna, wszechobecna, niezniszczalna.
Nieraz, gdy mister Dawid przejrzał raport o wygórowanych żądaniach robotników, gdy zniecierpliwiona ręka sięgała już po słuchawkę, i usta układały się do wycharknięcia hasła lokautu — ze słuchawki, jak ślimak z muszli, wyłaniała się naraz twarz bratanka Arczi i mister Dawid odkładał słuchawkę, brał ponownie raport, szedł na ustępstwa.
Nie zdając sobie sam z tego sprawy, gdzieś głęboko, poniżej niewzruszonych fundamentów „zasad” i „przekonań”, w małym ogniotrwałym sejfie duszy, bratanek Arczi pozostał na zawsze, jako symbol bezinteresownego idealizmu, i wyzuty ze skrupułów szalbierz i łupieżca, mister Dawid Lingslay, ilekroć w jakiejś sytuacji życiowej zdarzyło mu się zdobyć na gest prawdziwie bezinteresowny, ukradkiem przed samym sobą, jak żyd — „mezuze”, dotykał palcami drzwiczek tego sejfu, jakby z mimowolną dumą szukając w nim sankcji.
Podobnie dzisiejszego rana, kiedy siwobrody rabi Eleazar i korpulentny pan w rogowych okularach proponowali mu interes, którego nieetyczność nie podlegała dlań najmniejszej wątpliwości, mister Dawid, skłonny już do zgody, instynktownie sięgnął ręką do swej skrytki i, niespodzianie dla samego siebie, z Katonowską nieugiętością, odpowiedział odmownie.
I teraz, gdy wyłuskany z ubrań, goły czterdziestoletni pan, w obliczu obstępującej go nicości, kurczowym krzykiem rąk szukał dokoła siebie czegoś, do czego mógłby przywrzeć, na czym mógłby się odcisnąć, utrwalić, na przekór oczywistości śmierci i procesowi rozkładu, ręka jego natrafiła w próżni na bladą twarz w czapce kasztanowatych włosów i czterdziestoletni pan drgnął, jakby dotknął przewodnika elektrycznego.
Tak. Bratanek Arczi znał tę tajemnicę. Przywalony ciężkimi, kosztownymi płytami grobowca Lingslay’ów, żył wzmożonym, niewykorzenionym życiem; na każdym kilometrze kwadratowym świata, gdzie tylko skupi się kilkuset obdartych, prześladowanych ludzi, złączonych wspólną wolą nowego ładu — wytryskał na nowo żywą, życiodajną iskrą.