Były to, odcięte od reszty świata chłodnym Golfstromem prawa, wyspy robinsonów o golonych głowach.
Zagubione wśród delty ulic, odgrodzone wydzielającym się z ich ścian, właściwym im fluidem izolacji, podległe własnym wewnętrznym prawom samoistnych organizmów, jakby w innej położone rzeczywistości, przetrwały one długie tygodnie nietknięte, obojętne, jak dziwne pływające domy zmyte w nocy powodzią i unoszące się rankiem na jej powierzchni, pełne uśpionych, niepodejrzewających niczego ludzi.
Ogłupiali dozorcy więzienni, w obawie przed odpowiedzialnością i w oczekiwaniu jakichś urojonych instrukcji otoczyli je podwójną obręczą jak najściślejszego odosobnienia. Obawa, by słuch o panujących na zewnątrz epidemii i rozprzężeniu, wtargnąwszy do natłoczonych więzień, nie stał się hasłem do buntu, paraliżowała im języki.
Korzystając z innych zbiorników wody, więzienia, zwykłym zbiegiem okoliczności, ustrzegły się przed zakażeniem śmiertelną bakterią pierwszego zaraz dnia. Zaopatrzone obficie własne składy żywnościowe w połączeniu z najsurowszą izolacją — dokonały reszty.
Tak zaszedł ten fakt nieprawdopodobny, choć w gruncie rzeczy prosty: w swych wędrówkach po mieście dżuma otarła się wielokrotnie o wysokie średniowieczne mury, o zatrzaśnięte hermetycznie bramy dziwnych wysepek i poszła dalej w noc, w mrok, w gmatwaninę ulic i zaułków.
W pośrodku i na krańcach zapowietrzonego miasta, ogrodzone groblami murów, pozostały trzy nietknięte wysepki, zamieszkane przez tłumy stłoczonych na ciasnym kwadracie ludzi o golonych głowach, pozbawionych od dawna kontaktu ze światem zewnętrznym i przebierających swój monotonny różaniec więziennych dni, nie domyślając się nawet, co się święci w tej chwili po tamtej stronie ścian.
Od pierwszego zaraz dnia epidemii przez mury więzień przestały przesączać się dzienniki, co wywołało protest i demonstrację uwięzionych. Gdy demonstracja nie odniosła skutku, rozpoczęto głodówkę. Głodówka trwała cztery tygodnie i, nie dopiąwszy niczego, zakończyła się wreszcie kapitulacją. Jednym realnym jej rezultatem było zaoszczędzenie żywności, która dzięki temu starczyć mogła jeszcze na kilka dni.
Po wstrzymaniu gazet nastąpiło z kolei pogorszenie i uszczuplenie porcji strawy więziennej. Wyczerpani głodówką aresztanci składali to na karb obostrzenia karnego reżymu. Pogorszenie jadła stawało się jeszcze kilkakrotnie powodem dłuższych lub krótszych głodówek, które, zaoszczędzając zapasy, odsuwały tylko dzień ostatecznego rozwiązania.
Porcja jedzenia stawała się z każdym dniem skąpsza. W obawie odwetu ze strony więźniów mizerna grupka dozorców więziennych zamkniętych wraz z nimi w tych mimowolnych arkach Noego na falach powszechnego potopu, skasowała samorzutnie przepisowe przechadzki, nie ważąc się wypuszczać z cel tej rozjuszonej masy ludzkiej.
Pozbawiony swych elementarnych przywilejów tłum, stłoczony w ciasnych antałkach ceł, fermentował, grożąc lada chwila ich rozsadzeniem. Przepełnione dziesięciokrotnie ostatnimi represjami cele trzeszczały w swych kamiennych spojeniach.