— Towarzysze, stawiam pod głosowanie wniosek towarzyszy Courreau i Maraca. Kto — za? Proszę podnieść rękę.

Podniosło się dwanaście rąk.

Towarzysz Duffy powstrzymał się od głosu.

— Wniosek towarzysza Courreau przeszedł — ogłosił lakonicznie Gaillard.

Przystąpiono do kolejnych punktów porządku dziennego.

III

Na placu wciąż jeszcze bulgotał niemilknący tłum, kiedy w drzwiach ministerstwa ukazali się pierwsi komitetowcy. Ktoś z brzegu ryknął przeciągle:

— Idą!

Tłum zamilkł, zachybotał, pękł zygzakiem szczeliny i, pochłonąwszy wychodzących z gmachu ludzi, zamknął się za nimi na powrót. Przez chwilę, jak kręgi od rzuconych w wodę kamieni, kołysały się dokoła tego miejsca kępy głów. Niebawem pochłonięci ludzie wypływać zaczęli pojedynczo na wysterczające nad powierzchnię masy rafy postumentów. Nie było słychać słów, jedynie gwałtowne ruchy rąk rozcinały powietrze, jak gdyby dwunastu obłąkanych dyrygentów zapragnęło ująć w harmonijne karby partycji chaotyczną wrzawę wielogłosego morza.

Z cokołu symbolicznej dziewicy-Strasburga mówił kościsty mężczyzna, na którego twarzy wielkimi kroplami potu osiadała natarczywa ulewa oklasków: