Na dworze opustoszałymi ulicami, na wyścigi z samotnym motocyklem, pędził wiatr i w wietrze olbrzymimi płatami monstrualnego śniegu wirowały strzępy nadzwyczajnych dodatków. Na rogach ulic, jak widma, w czarnych ceratowych kapturach tańcowali niezdarnie policjanci.

W drukarni gazety robotniczej jasno płonęła elektryczność, terkotały linotypy i usmoleni zecerzy, jak dziwni wirtuozi, z rękami w odciskach, cwałowali rozsypanym tabunem palców po maleńkich brukowcach klawiszy. Miarowo to podskakiwały, to opadały dźwignie i zgapione litery, jak żołnierze skrzyknięci na zbiórkę, błyskawicznie ustawiały się w rząd. Potem czcionki, jak pływacy z odskoczni, rzucały się w dół, do basenu z płynnym ołowiem, aby po chwili wypłynąć stamtąd spoistą linijką zdania:

Dziś, o godz. 12 w południe, pierwszy trans-

Znowu litery gonią litery, aby, rozpalone biegiem, po chwili wynurzyć się nowym smukłym wierszem:

port broni i amunicji wysłany z Lyonu do ***,

I dalej:

utknął w odległości 80 km od granicy niemieckiej, na skutek gremialnego strajku kolejarzy, którzy odmówili przepuszczenia jakiegokolwiek transportu przeznaczonego do walki z robotniczym Związkiem Republik Radzieckich.

Kropka.

— Zuchy chłopaki! — uśmiecha się zecer.

Znów migają palce po schodkach klawiszy. Znów, jedna za drugą, po linach, po rusztowaniach dźwigni jak akrobatki drapią się czcionki, aby po chwili rzucić się głową w dół w bulgocący basen i wypłynąć stamtąd nowym nierozerwalnym łańcuchem wiersza: