Raz po raz, odgarniając tłum wiosłem chrapliwej syreny, przepływały ulicami naładowane po brzegi arki przedsiębiorstw turystycznych, unoszące na falach tego potopu demokracji wybrane pary czystych i nieczystych — przeważnie z jednego i tego samego gatunku Anglosasów — obserwujące z ciekawością przez lorgnony11 i lornetki dobrze odżywionych, obłaskawionych i dobrodusznych zdobywców Bastylii, w milczącym, choć głębokim przeświadczeniu, że cała sławetna Rewolucja Francuska nie była w gruncie rzeczy niczym innym, jak jeszcze jedną pomysłową imprezą odwiecznego Cooka, pretekstem do dorocznych wystawnych obchodów, obliczonych na cudzoziemców i wkalkulowanych z procentem w koszta autokarowego biletu.
Tańczących na ogół było znacznie mniej niż przypatrujących się i któryś z zawiedzionych gentlemanów słusznie wyrzucał zakłopotanemu przewodnikowi, że paryżanie obchodzą swoje święto bez temperamentu.
Z temperamentem i werwą obchodziły 14 lipca dzielnice cudzoziemskie: Montparnasse i Dzielnica Łacińska.
Na ciasnym kwadracie pomiędzy „Rotondą” i „Dômem” osiem rozstawionych jazz-bandów ostrymi tasakami synkop ćwiartowało żywe mięso nocy na posiekane ochłapy taktów. Różnojęzyczny tłum Amerykanów, Angielek, Rosjan, Szwedek, Japończyków i Żydówek demonstrował spazmatycznym tańcem swą nieopisaną radość z powodu zburzenia starej, poczciwej Bastylii.
O kilka ulic dalej, na ciemnym bulwarze Arago, nadprogramową porcją jedzenia świętowało je w ciszy, otoczone kordonem wojska, więzienie „Santé”. Zresztą „Santé” nie było Bastylią i entuzjaści czternastych lipców mogli tańczyć spokojnie, wiedząc dobrze, że mury przy bulwarze Arago są wysokie i pewne, oddziały wojska — dobrze uzbrojone i posłuszne i że w demokratycznym, cywilizowanym społeczeństwie ekscesy, dobre w epoce starego reżymu, powtórzyć się żadną miarą nie mogą.
Na frontonie więzienia girlandą spełzłych liter kokietował przechodniów poczerniały napis: „Wolność — Równość — Braterstwo”, jak wypłowiała żałobna wstęga na zapuszczonej mogile Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
Papierowe lampiony kołysały się łagodnie, jak nenufary, na zwierciadlanej powierzchni nocy.
Spoceni, czerwoni kelnerzy z trudnością zaopatrywali w chłodną, przezroczystą lemoniadę cudem rozmnożone na te gody stoliki, które z trotuarów rozbiegły się na jezdnię, zajmując niepodzielnie całą ulicę.
Zziajany Murzyn nad jazz-bandem ruchami niefortunnego żonglera rozbijał na głowach słuchaczy niewidzialne talerze zgiełku, trząsł się w kataleptycznych drgawkach nad pustą miską czyneli12. Szesnastu innych Murzynów wkrzykiwało do utraty tchu w mosiężne głośniki trąb, donośnych jak trąby jerychońskie, magiczne zaklęcia dalekich kontynentów, stwierdzając z przerażeniem, że mury nie tylko nie zaczynają się walić, lecz zdają się jeszcze wyrastać w górę zębatą linią zapalających się okien.
Z tysiącznych kranów, jak z podciętych arterii Paryża, spływała z szumem chłodna, krystaliczna woda i wyczerpany Paryż bladł z osłabienia i upału.