Jak tu jednak w wielkim, ludnym mieście obejść się bez człowieka? W mieście co rzecz — to zagadka. Któż objaśni? Trzeba było pójść na kompromis.

Przewędrował do wschodnich dzielnic. Ulice były tu szersze. Po bokach piętrzyły się kamienne domy, symetryczne jak pudełka. Po szynach mknęły szklane wagony i w powietrzu rozbrzmiewał niemilknący ani na chwilę huk. Dziwniejsze od domów, dziwniejsze od wagonów były niesamowite kolaski pędzące ulicami bez szyn, bez koni, bez rykszów, za poruszeniem niedotykającego ziemi, niepojętego, sterczącego w powietrzu koła.

Pewnego razu, przechodząc obok jakiegoś magazynu, P’an spostrzegł: stoi wóz, naładowany po sam wierzch kolorowani pudłami, a z przodu, zamiast dyszla, zwisa duża korba. Jak tu nie pokręcić? Obejrzał się — dokoła ani żywej duszy. Nie wytrzymał, podbiegł do korby i zakręcił, co sił w rękach. Wóz zawarczał donośnie, jak gdyby z wewnątrz odezwała się cała sfora psów.

Z magazynu wyszedł człowiek w zasmarowanym skórzanym fartuchu. P’an przezornie odskoczył na przeciwległy chodnik.

— To ty, pędraku? Przejechać byś się chciał? Siadaj, pojedziemy.

Skośne oczy człowieka w fartuchu uśmiechają się przyjaźnie.

P’an najeżył się: „Znamy się na tym! Nęci, żeby podejść bliżej, a potem wlepi takiego szturchańca, że rok popamiętasz!”. Lecz mimo wszystko nie uciekł. Z bezpiecznej odległości przyglądał się właścicielowi warczącego wehikułu.

— Czego się boisz, smyku? Siadaj, nie zjem cię. Przejedziemy się.

Nie na żarty widać chciało się przejechać małemu P’anowi. Postanowił zaryzykować. Uderzy — pal go sześć. Siniec — wielka mi parada. A nuż naprawdę przewiezie? Ostrożnie zbliżył się do wozu.

— Właź tutaj. Nie bój się. Naści16 wolne miejsce.