— To nie my, to Chińczycy. Naumyślnie poprzerabiali nam stopnie, żeby nas wsypać. Sam widziałem tego żółtego, jak kradł klucz od kancelarii.

Wskazuje na małego, Bogu ducha winnego Hu.

Ojciec Pafnucy schwycił małego Hu za kołnierz i kantówką trzepnął go po palcach:

— Precz!

P’an nie wytrzymał. Podskoczył ku piegowatemu i kułakiem w mordę — bęc! Rozdzielono ich z trudnością. Piegowatemu krew puściła się z nosa, a pod okiem siniak jak śliwka. Z rozbitą mordą poczłapał do domu.

P’ana wywleczono za uszy i zamknięto w pustej klasie.

Po obiedzie samochodem zajechał ojciec piegowatego. Dorodny, pachnący, z czerwonym guziczkiem w butonierce. W kancelarii u ojca Dominika krzyczał, tupał nogami:

— Natychmiast wyrzucić!

P’an słyszał przez ścianę: ojciec Dominik przepraszał. Wyszło na jaw, że stopnie rzeczywiście przerobił piegowaty. Papa spuścił z tonu:

— Ukarać w moich oczach! Pięćdziesiąt rózg, nie opuszczę ani jednej!