— Przepraszam pana — powiedział łagodnie — wydaje mi się jednak, że bierze mnie pan za kogo innego. Jeżeli kiedyś nawet studiowałem pod pańskim kierunkiem na Sorbonie bakteriologię i biochemię — zdaje się, że to istotnie miało miejsce — mogę pana zapewnić z całą stanowczością, że nigdy więcej w życiu pana nie spotykałem.

— Nie potrzebuje mnie pan zapewniać — odparł siwy pan, wyzierając sponad okularów. — Wiem o tym doskonale. Pan istotnie nie spotykał mnie więcej nigdy. To ja pana spotkałem. Spotkałem pana w Nankinie, w roku 1927. Jeżeli pan sobie przypomina, w roku tym w paru prowincjach Chin zanotowano masowe wypadki cholery azjatyckiej. Towarzystwo Bakteriologiczne wydelegowało mnie tam celem przeprowadzenia na miejscu odpowiednich badań naukowych. Pojechałem tym chętniej, że miałem nadzieję zobaczenia się z moim jedynakiem, który w owym czasie wstąpił ochotniczo do jednego z oddziałów desantu; pancernik jego stał właśnie u brzegów Chin.

Wojna domowa, która objęła badane przeze mnie okręgi, zmusiła mnie do szukania schronienia w Nankinie. Miałem istotnie możność zobaczenia się z synem, gdyż okręt jego stał na kotwicy u wejścia do portu. Jednakże w parę dni po moim przybyciu w mieście wybuchły rozruchy. Wówczas to ujrzałem pana po raz drugi. Zobaczyłem pana na czele rozjuszonego motłochu, który atakował broniące koncesji wojska desantu. Mało wprawdzie przypominał pan w owej chwili nieśmiałego, pracowitego studenta Sorbony, ale mimo to poznałem pana od razu.

Angielska koncesja, w której znalazłem przytułek, została złupiona przez cofających się żołnierzy chińskich, i nas, rozbudzonych, w bieliźnie, ewakuowano pośpiesznie na oczekujący w przystani angielski krążownik, pod eskortą oddziału wojska. W liczbie oficerów jednego z tych oddziałów był również i mój syn. Z wytężoną uwagą obserwowałem przez lunetę z pokładu przebieg rozwijającej się bitwy. Widziałem, jak z zaułków miasta chińskiego runął rozbestwiony tłum, zalewając całe nadbrzeże. Na czele tłumu biegłeś pan. Pod naporem zdziczałej czerni żołnierze nasi zaczęli się cofać. Wtedy ujrzałem mojego chłopca. Biegł z rewolwerem w ręku, zatrzymując uciekających i zmuszając ich do powrotu. Nacierała nań rozwścieczona tłuszcza. I wtedy zobaczyłem, zobaczyłem na własne oczy, jak pan pierwszy doskoczyłeś do niego i rozmiażdżyłeś mu czaszkę kolbą karabinu.

Straciłem przytomność i przeniesiono mnie do kajuty.

Od tego czasu pozostałem zupełnie sam. Jednym uderzeniem odebrałeś mi wszystko. Nauka, która była dotąd moim jedynym powietrzem, stała mi się nienawistna. Ilekroć próbowałem zasiąść do pracy, zawsze stawał mi przed oczyma obraz mojego chłopca i nie byłem w stanie napisać ani jednej litery...

Uwzględniając moje zasługi na polu nauki, emerytowano mnie, jak niedołężnego starca, pozostawiając mi z łaski pensję profesorską. Jestem nikomu niepotrzebnym szczurem, żerującym na padlinie własnej wieloletniej pracy.

Przez lata te, siedząc sam, jak kret, w ciemnym pokoju, wiele i często myślałem o panu. Długo, po nocach, szukałem kładki — od pracowitego studenta Sorbony, płonącego pobożnym podziwem, niemal żarliwą miłością do naszej wielowiekowej kultury i wiedzy, składającego na jej ołtarzu nakrochmalone kwiaty swego zapału, do rozbestwionego Azjaty, masakrującego w dzikim opętaniu nienawiści niedawnych nauczycieli i gościnnych gospodarzy. Wałęsając się wieczorami po uliczkach i wypatrując zza rogu wychodzących z Sorbony skośnookich studentów z kajetami w ręku, usiłowałem wyczytać na ich twarzach tajemnicę tej nienawiści. Ale twarze ich były uśmiechnięte i sztywne jak maski.

Jednego wieczora zaszedłem do kolegi, rektora Sorbony, i w długiej rozmowie starałem się go przekonać, że kultura europejska przeszczepiona na grunt azjatycki, jak bakteria przeniesiona w inne środowisko, staje się dla Europy zabójczą; że Europa, oświecając nieopatrznie Azję, gotuje sobie własną zagładę. Dowodziłem mu, że należy, nie tracąc ani dnia, zamknąć uniwersytety europejskie dla Azjatów. Wziął mnie za wariata i, skierowawszy rozmowę na inne tory, troskliwie odprowadził mnie do domu.

Z czasem konkretny obraz pański zatarł mi się w wyobraźni i, godzinami siedząc z zamkniętymi oczyma, na próżno usiłowałem go sobie odtworzyć. Twarz pańska prześlizgnęła mi się gdzieś przez sito pamięci, zostały jedynie skośne, zwężone oczy i wystające kości policzków, jak szablon, którego luki należy samemu wypełnić.