Postanowiłem spróbować ostatniego środka. Mam wrażenie, że nie mogę pana zabić, póki wiem, że pan niczego się nie domyśla. Gdy będę przekonany, że pan wie o grożącym mu niebezpieczeństwie i może się bronić, sądzę, że przyjdzie mi to łatwiej. Dlatego zdecydowałem się wyjawić panu wszystko. Strzeż się pan! Broń się pan! Dzisiaj przy wyjściu z tego lokalu zabiję pana!
Profesor umilkł w widocznym podnieceniu, nie odrywając od P’an Tsiang-kueja swych szarych oczu, spozierających sponad okularów. P’an Tsiang-kuei przyglądał mu się przez chwilę z zaciekawieniem.
— Czy chce pan, byśmy wyszli zaraz? — zapytał spokojnie, wycierając usta serwetką.
— Jak pan sobie życzy — odpowiedział kurtuazyjnie profesor.
P’an Tsiang-kuei w milczeniu uregulował rachunek i wstał od stołu. W drzwiach ustąpił drogę profesorowi. Krótką chwilę obaj panowie certowali się ceremonialnie, kto ma wyjść pierwszy. Wreszcie pierwszy wyszedł profesor.
Znalazłszy się na ulicy, przez chwilę szli obok siebie w milczeniu. Po pięciu minutach milczącego marszu uliczka, którą szli, nagle urwała się, uderzając, jak głowa o mur, o kamienną balustradę nadbrzeża. W dole cętkami świateł migotała Sekwana.
P’an Tsiang-kuei i profesor zatrzymali się niezdecydowanie.
— Niech pan mi powie — podjął wreszcie profesor, przecierając chusteczką zapotniałe szkła okularów — niech pan mi powie z łaski swojej... Nie mogę tego zrozumieć. Za co wy właściwie nienawidzicie nas tak nieprzejednanie, nas, którym tyle zawdzięczacie, od których zapożyczacie się nieustannie. Myślę nad tym ciągle i nie mogę odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zabiwszy pana, nigdy się już tego nie dowiem. Niech mi pan to wytłumaczy, jeżeli nie sprawi to panu różnicy...
Pod wygiętymi żeńsko arkadami mostu milionem rozmodlonych ust bełkotała czarna, połyskliwa woda.
Oparty o kamienną balustradę, P’an Tsiang-kuei mówił głosem miarowym i beznamiętnym: