Za przykładem Wasji wymuskany granatowy kamelocik również opuszcza karabin i opiera się nonszalancko o lufę. Chciałoby się zapalić papierosa, ale nie można — na warcie!
I dwaj szesnastoletni chłopcy, wsparci na karabinach, tyłem do balustrady, patrzą statecznie w przestrzeń: dwóch ołowianych żołnierzyków na tekturowym moście, na tle kunsztownej papierowej dekoracji, przypominającej do złudzenia Paryż dorosłych.
— Co to u was był wczoraj za harmider i strzelanina? — rzuca mimochodem granatowy kamelocik, niegardzący krótką żołnierską pogawędką.
— E, nic, głupstwo — odpowiada po francusku Wasja, podkreślając intonacją, że nawet mówić o tym nie warto. — Przetrzebiliśmy troszkę Żydów. Chleb żrą i jeszcze zarazę roznoszą.
Wasja ogląda się, czy nikt nie widzi i, sięgnąwszy ręką do kieszeni, wyciąga stamtąd masywną złotą papierośnicę: jak tu nie pochwalić się przed kolegą?
— Widzisz, jaki mebel odebrałem jednemu? Na pewno w Rosji buchnął, czekista. Dwadzieścia papierosów się mieści.
I przeczuwając wzgardliwą fałdkę w kącikach warg kolegi, pośpiesznie dodaje:
— Nie masz pojęcia, co to za szubrawcy. Wczoraj mama na jednej Żydowicy poznała swoją własną kolię. W Moskwie z sejfu ukradli. To się u nich nazywa: „skonfiskowali”. Mamie „skonfiskowali” w ten sposób całą biżuterię. Została jej jedna obrączka.
Kamelocik patrzy z leciutką pogardą. Wie: zabierać kosztowności, nawet Żydom, nie wolno — to kradzież. Wie jeszcze i co innego: ci Rosjanie to dzicz. I wargi kamelota d’Escarville’a krzywią się w złośliwym, lekceważącym uśmiechu.
U wylotu mostu, od strony francuskiej, ukazuje się w tej chwili grupka żołnierzy prowadzących w pośrodku jakiegoś człowieka w szarym ubraniu. Kamelota d’Escarville z karabinem na ramieniu oddala się miarowym krokiem, bez pośpiechu, w tę stronę. Wasja patrzy zaciekawiony, grupka kamelotów w towarzystwie d’Escarville’a zbliża się ku środkowemu przęsłu.