Życie gospodarcze miasta przebiega zresztą od lat bez wstrząsów i kryzysów. Silnie rozwinięty przemysł cukrowniczy żywi z swej słodkiej arterii trzy czwarte mieszkańców. Prócz tego miasto posiada sławną fabrykę porcelany o pięknej, starej tradycji. Pracuje ona na eksport, a prócz tego każdy Anglik wracający do swego kraju uważa sobie za punkt honoru zamówić jeden z tych serwisów o tylu i tylu sztukach porcelany koloru kości słoniowej z widokami katedry i miasta, wykonanymi przez uczennice naszej szkoły artystycznej.
Zresztą jest to miasto jak wiele innych w tym kraju dostatnie i dobrze zagospodarowane — w miarę zabiegliwe i oddane interesom, w miarę zamiłowane w komforcie i mieszczańskim dobrobycie, w miarę też ambitne i snobistyczne. Damy rozwijają pewien niemal wielkomiejski zbytek w toaletach, panowie naśladują tryb życia stolicy, podtrzymując z wysiłkiem przy pomocy paru kabaretów i klubów rodzaj nikłego, nocnego życia. Gra w karty kwitnie. Hołdują jej nawet damy i nie ma niemal wieczoru, żebyśmy i my nie kończyli dnia w którymś z eleganckich domów naszych przyjaciół przy grze, przeciągającej się nieraz głęboko w noc. Inicjatywa znów przypada w tej mierze Elizie, która usprawiedliwia swą pasję przede mną troską o nasz prestige15 towarzyski, wymagający częstego bywania w świecie, ażeby nie wypaść z obiegu, w istocie zaś ulega ona urokowi tego bezmyślnego i lekko podniecającego trwonienia czasu.
Obserwuję ją nieraz, jak podniecona grą, z wypiekami na twarzy i błyszczącymi oczyma bierze całą duszą udział w zmiennych perypetiach hazardu. Lampa rozlewa spod abażuru łagodne światło na stół, dookoła którego grupa ludzi głęboko zaabsorbowana nad wachlarzem kart, trzymanym w dłoni, odbywa imaginacyjny pościg za złudnym śladem fortuny. Widzę ją niemal, ułudną postać, wywołaną napięciem seansu i zjawioną niemal dostrzegalnie za plecami tego lub owego. Cisza jest, padają półgłośne słowa, znaczące zmienne i kręte szlaki szczęścia. Co do mnie, to czekam na chwilę, kiedy cichy i żarliwy trans ogarnia wszystkie umysły, kiedy zbywszy pamięci, znieruchomieją, pochyleni kataleptycznie16, jak nad wirującym stolikiem, ażeby wycofać się niepostrzeżenie z tego zaklętego kręgu i usunąć się w samotność mych myśli. Czasem, wysiadłszy z gry, mogę bez zwrócenia czyjejkolwiek uwagi opuścić stół i przejść po cichu do drugiego pokoju. Ciemno tam jest, tylko latarnia uliczna przysyła z daleka swe światło. Z głową opartą o szybę okna stoję tak przez długą chwilę i dumam...
Nad jesienniejącą gęstwiną parku noc rozjaśnia się niewyraźnie czerwonawym brzaskiem. W spustoszonej gęstwinie drzew spłoszone wrony budzą się z nieprzytomnym krakaniem, zmylone symptomami tego fałszywego świtu, zrywają się tłumnie i hałaśliwie i jękliwe to i krążące bezhołowie napełnia zgiełkiem i falowaniem rudawą ciemność, pełną gorzkiego aromatu herbaty i lecących liści. Z wolna osiada i uspokaja się ten rozłopotany na całe niebo rozgardiasz krążeń i lotów, opada z wolna i obsadza przerzedzoną gęstwinę drzew niespokojną, prowizoryczną czeredą, pełną niepokoju, milknących rozhoworów17, jękliwych zapytań i uspokaja się powoli, sadowiąc się na dobre i jednocząc się z wolna z ciszą tego szelestnego więdnienia. I znów instaluje się noc głęboka i późna. Godziny mijają. Z gorącym czołem przyciśniętym do szyby czuję i wiem: nic złego nie może mi się już przydarzyć, znalazłem przystań i spokój. Nadejdzie teraz długi szereg lat ciężkich od szczęścia i sytych, nieskończony ciąg dobrych i błogich czasów. W ostatnich kilku płytkich i słodkich westchnieniach pierś moja napełnia się po brzegi szczęściem. Przestaję oddychać. Wiem: tak jak życie całe — przyjmie mnie kiedyś śmierć w otwarte ramiona, pożywna i syta. Będę leżał do dna nasycony wśród zieleni na pięknym, pielęgnowanym cmentarzu tutejszym. Moja żona — jak pięknie będzie ją stroił wdowi welon — przynosić mi będzie kwiaty w jasne i ciche przedpołudnie tutejsze. Z dna tej pełni bez granic wstaje jak gdyby ciężka i głęboka muzyka, żałobne, uroczyste, głuche takty majestatycznej uwertury. Czuję potężne uderzenia rytmu, rosnące z głębi. Z podniesionymi brwiami, wpatrzony w punkt daleki, czuję, jak włosy powstają mi z wolna na głowie. Sztywnieję i słucham...
Głośniejszy gwar rozmów budzi mnie z odrętwienia. Dopytują się o mnie wśród śmiechów. Słyszę głos mojej żony. Powracam z mego azylu do oświetlonego pokoju, mrużąc oczy napojone ciemnością. Towarzystwo rozchodzi się już. Gospodarze stoją w drzwiach, rozmawiają z odchodzącymi, wymieniają pożegnalne grzeczności. Wreszcie jesteśmy sami na nocnej ulicy. Moja żona dostosowuje swój elastyczny, swobodny krok do moich kroków. Zgadzamy się dobrze w chodzie i idąc w górę ulicy, z głową nieco opuszczoną roztrąca ona nogą szelestny kobierzec zwiędłych liści, zalegający jezdnię. Jest ożywiona grą, szczęściem, które dopisało, wypitym winem i pełna małych, kobiecych projektów. Na podstawie milczącej konwencji domaga się absolutnej tolerancji z mojej strony dla tych nieodpowiedzialnych rojeń i bierze mi bardzo za złe wszelkie trzeźwe i krytyczne uwagi. Zielona smuga świtu widnieje już nad ciemnym horyzontem, gdy wchodzimy do naszego mieszkania. Owiewa nas dobry zapach ogrzanego i pielęgnowanego wnętrza. Nie zapalamy światła. Daleka latarnia uliczna rysuje srebrny deseń firanek na przeciwległej ścianie. Siedząc na łóżku w ubraniu, biorę w milczeniu rękę Elizy i trzymam ją przez chwilę w mojej.
Przypisy:
1. Ojczyzna — fragment większej całości. [przypis autorski]
2. zgoła (daw.) — całkiem, zupełnie. [przypis edytorski]
3. [się] — brak w tekście pierwodruku, drukowanym w „Sygnałach”, nr 59 z 1938 r. [przypis edytorski]
4. refugium (łac.) — miejsce ucieczki, bezpieczne schronienie, azyl. [przypis edytorski]