Ponieważ tak się lubujemy w błędach — dobrze, wyznaję: popełniłem wielkie przestępstwo. W moich biuletynach, szkicach z „wieczystego frontu”, piszę o postaciach jasnych, o odkrywcach, pionierach. Nie wspominam umyślnie o pospolitych ciurach obozowych. Robię z uczonego Lohengrina88 czy Bayarda89, szerzę fałszywy pogląd, że świat naukowy składa się wyłącznie z Amundsenów, Piccardów, Noguszich90... Nieprawda. Za poważnymi murami laboratoriów gnieżdżą się te same grzechy powszednie, główne, niedopuszczalne, które znamy tak dobrze. Zawiść, pycha, próżność.

Mój profesor i świetny fizyk, Lenard91, tak nienawidzi Einsteina, że w niedawno wydanej książce nie wymienia wcale jego nazwiska. Tam, gdzie nie może pominąć niektórych wyników teorii względności, pisze w odsyłaczu: „pewien autor”... To są przywary wielkich ludzi. Bywa gorzej...

Czasem duszyczka zwykłego kaprala osiedli się w profesorze i zamiast badacza mamy opryskliwego Himmelstossa92, który nie cierpi „cywila”, uważa naukę za swoją własność prywatną, tępi hałastrę „popularyzatorów”, wali „integrałami”93 przez łeb, gdzie ich napotka, wytyka im popełnione błędy, jak ów Beckmesser94 w pięknej operze Wagnerowskiej. Rzecz charakterystyczna: fizyka nowoczesna żywi się do dziś dnia pomysłami pewnego outsidera, dyletanta, introligatora i największego geniusza w dziejach nauk ścisłych — Faradaya. Nie był doktorem, nie był „filozofem matematyki”, nie parał się logistyką, znał dość kiepsko zwykłą arytmetykę.

Spostrzegam tu z przerażeniem, że sam sobie przeczę. Nawet złośliwy list czytelnika z prowincji, Beckmessera i „poprawiacza”, przydaje się wreszcie na coś. Jest tematem do felietonu.

Najpoczytniejszy autor

Wyszedł już podobno pierwszy numer specjalnego czasopisma brydżowego, tłumy na rogach ulic czytają wstrząsający artykuł wstępny, w którym autor usiłuje rozstrzygnąć najbardziej palącą kwestię: kiedy mówimy bez atu95 z ręki? Znajomi zasypują mnie przy tej okazji innymi pytaniami: co o tym myślę, co matematyka na to wszystko? Pewien figlarny dziennikarz warszawski puścił potworną plotkę na miasto, wyrobił mi opinię znakomitego brydżysty, więc raz wreszcie muszę oświadczyć publicznie: „Jestem fuszer! W brydża gram tak jakby grał Newton, Faraday, Kopernik, Einstein i J. C. Maxwell96, tzn. bardzo średnio, źle, jeszcze gorzej”.

Już o szachach mówił wielki teoretyk, Henri Poincaré97, że to hazard. Najlepszy szachista oblicza trzy, cztery posunięcia, a reszta — mare tenebrarum98. W szóstym ruchu widzi, że palnął byka. Nowsza szkoła szachistów zarzuciła wszystkie odwieczne teorie, gra przeważnie tzw. „dzikie partie”. Podobno stary, fenomenalny Czigorin99, wielki mistrz, stawiał nagle w partii turniejowej damę przed króla, robił zwykłe fuszerskie posunięcia, twierdząc, że każdy ruch jest dobry. Wiem to z opowiadań mojego stryja, Szymona. I gracze dzisiejsi poszli śladami głośnego majstra100 rosyjskiego.

Jeżeli teorie szachowe nie mają sensu, to cóż dopiero rzec o teoriach brydżowych? Najpierw ustalamy skrupulatnie, jakie trzeba mieć karty, żeby móc powiedzieć „bez atu” z ręki, a później mówimy „bez atu” tak sobie, bez sensu, dla wprowadzenia przeciwników w błąd. Rozwiązujemy zadania i łamigłówki, zastanawiamy się, jak postąpić w danej trudnej sytuacji, a poniewczasie poczynamy rozumieć, że wszystko zależy od następnego rozdania kart, którego przewidzieć nie można. Tworzymy zasady, irytujemy się, wymyślamy partnerom od matołów i wreszcie — „gęś ogrywa proboszcza”, zawodowy fuszer — mistrza Culbertsona101. W Monte Carlo wychodzą pisma poświęcone zawiłym teoriom ruletowym, ale współpracownicy tych pism chodzą bez butów i zgrywają się do nitki. Nawet wybitni ludzie nie mogą się oprzeć pociesznym obsesjom: świetny pisarz holenderski, Multatuli102, napisał spore tomisko o rulecie (Millionenstudien), genialny Dostojewski103 stawiał na numerki, przegrywał ostatnie grosze przy zielonym stole i prawdopodobnie tworzył jakieś własne, niesamowite „systemy”.

Rzecz zabawna: nie lubimy cyfr, nudzą nas suche wywody matematyczne, męczą nauki ścisłe, ale tam, gdzie chodzi o beznadziejne głupstwa, każda panna na wydaniu zamienia się w zacietrzwionego Gaussa, Pascala i Łobaczewskiego104. Nikt się z tym nie chce pogodzić, że najgenialniejszy matematyk nie potrafi odgadnąć, czy mu dziś wieczorem w teatrze dadzą w szatni numer parzysty albo czy numer auta, na które właśnie kiwnął, dzielić się będzie przez dwa. Nikt nie chce zrozumieć, że Newton z Leibnizem105 nie odpowiedzą na pytanie, ile spółgłosek zawiera wyraz „samowystarczalność” w języku Azteków, którego obaj nie znają. „Przecież tu musi być jakieś rozwiązanie logiczne” — twierdzą najpoczciwsi ludzie z uporem maniaków.

I szukają tego rozwiązania w cienkich zeszytach, a nawet w grubych tomach. W poważnym tygodniku londyńskim, w „Observerze”, znalazłem nieprawdopodobną wiadomość, że niejaki pan Culbertson zarabia rocznie dwieście tysięcy dolarów na książkach, odczytach, lekcjach brydżowych! Obmyślił podobno jakiś własny system, wmawia w naiwnych ludzi, że wie, jak trzeba licytować i kiedy należy pokazać kolor po „kontrze”. A skutek? Zarabia więcej od Romain Rollanda, Joyce’a, Manna106, jego dochody przewyższają honoraria wszystkich liryków całego świata, równają się pięciu nagrodom Nobla. Potomni ze zdumieniem odkryją ten fakt w dziejach naszej burzliwej epoki: najpoczytniejszym pisarzem naszych czasów był nie autor Forsyte’ów107, ale twórca obszernego dzieła o dogrywkach rekontrach, szlemikach licytowanych.