—W zakosy idźcie, w zakosy [5] — nawoływali przewodnicy.
—Ach, chwilę odpoczynku na równym poziomie! — narzekała Brońcia.
—Usiądź i zjedziesz na dół — rzekł wesoło jej brat.
—Pewniebym usiadła, gdybym się nie bała, ale ktoby mnie wstrzymał potem, gdybym się zsuwać zaczęła zbyt szybko?
—Czekaj — rzekł Staś — masz pas mocny? No, to cię przepaszę sznurkiem i będę powstrzymywał. Dalej, jazda.
—Chodźmy naprzód — szepnął Janek — Brońcia strasznie przesadza z tą obawą.
—Ja z wami — odezwała się też cicho Ańdzia. — Ja się nie boję. Żyłabym tu w górach. Kocham niebezpieczeństwa. Uproszę mamy i pójdę z Morskiego na Rysy. Co za rozkosz pomyśleć sobie, że jedno złe stąpnięcie, a spadnę w głębię bez końca, i zwyciężać te trudy i wdzierać się coraz wyżej, coraz wyżej, aż za chmury, do słońca, do samego nieba i świat widzieć u nóg, pod sobą!
Tadzio westchnął głęboko.
—My jeszcze nie byliśmy na Rysach — rzekł cicho.
—Na przyszły rok — odparł Janek z niemniej głębokiem westchnieniem.