—Janku, boję się deszczu — odezwał się Tadzio nieśmiało, przedzierając się przez kosówkę.
—Deszczu się boisz? No, to mi nowina: nie wiedziałem, żeś z cukru.
—Ale nie znamy drogi.
—To sobie przeczytamy.
—Kiedy nic poznać nie można. Widzisz jakie szczyty? Nic nie widać; w jakiż sposób będziemy się orjentowali?
Janek uważnie spojrzał dookoła. Istotnie, zalewało ich morze mgły zewsząd. I nic nie było widać, nawet droga kończyła się o kilka kroków.
—Musimy tu przeczekać — odezwał się głośno. — Jesteśmy w chmurze, ale chmura minie i znów słońce zaświeci. Usiądźmy tymczasem, masz co jeść?
—Mam butelkę wina, trochę szynki i chleba. Myślałem, że w Roztoce zjemy porcję jajecznicy.
—Trzeba było nie myśleć, tylko zabrać więcej zapasów.
Tadzio w pokorze wysłuchał nagany.