Tak, to był on. Ta sama twarz, zupełnie ta sama. I ubrany był zupełnie tak, jak się zwykle ubierał Marley. Ten sam harcap24, ta sama kamizelka, te same spodnie i buty; chwosty25 przy butach dziwnie były najeżone, jak również harcap, poły surduta i włosy na głowie...
Widmo wlokło za sobą długi łańcuch, który obejmował je w pasie i obwijał jeszcze kilkakrotnie; był on utworzony (Scrooge dobrze mu się przypatrzył) z kas metalowych, kluczy i zamków, ksiąg kupieckich, aktów i mocnych, stalowych sakiewek. Cała postać widma była tak przezroczysta, że Scrooge widział poprzez nią dwa guziki na tyle surduta.
Scrooge często słyszał, jak mówiono, że Marley nie miał serca ani wnętrzności, ale nigdy temu dotąd nie wierzył.
I teraz jeszcze nie wierzył, chociaż przeglądał na wskroś zjawisko, chociaż widział je tuż przed sobą, chociaż czuł lodowaty chłód jego martwych oczu, chociaż zainteresował go gatunek płótna chustki, która obwiązywała twarz widma, czego Marley za życia nie zwykł był czynić. Wciąż jeszcze nie wierzył w to, co widział i usiłował przeczyć swoim zmysłom.
— Co to znaczy? — zapytał wreszcie zwykłym swoim, zimnym, mrukliwym tonem. — Czego chcesz ode mnie?
— Wiele! Bardzo wiele! — odparło widmo.
Głos był Marleya; nie można było o tym wątpić.
— Kto jesteś?
— Zapytaj raczej: kim byłem — zabrzmiała głucha, przytłumiona odpowiedź.
— Kimże więc byłeś? — zapytał Scrooge, podnosząc głos. — Jak na ducha, jesteś bardzo drobiazgowy.