— Ponieważ często błahostka wyprowadza je z równowagi. Lekka niedyspozycja żołądka czyni z nich oszustów. W rezultacie, możesz być kawałkiem niestrawionej wołowiny, odrobioną musztardy, okruszyną sera, odrobiną niedogotowanego ziemniaka... Pomimo wszystko, wydajesz mi się więcej istotą cielesną niż duchem.

Scrooge nigdy nie miał skłonności do żartów, a w tej chwili więcej jeszcze niż kiedykolwiek był daleki od żartobliwego usposobienia. Jeżeli usiłował być dowcipny i żartobliwy, to dlatego, by rozerwać samego siebie, zmienić kierunek swych myśli i opanować coraz silniej przejmujący go strach, gdyż głos widziadła wstrząsał go do szpiku kości.

Scrooge czuł, że siedzieć tak i patrzeć w martwe, szklane oczy widma nie może. Doznawał bowiem udręczeń piekielnych. Jakoż było istotnie coś piekielnego w atmosferze otaczającej widmo. Scrooge nie czuł jej wprawdzie sam, ale o jej istnieniu wątpić nie mógł, gdyż chociaż duch siedział całkiem nieruchomo, jego włosy, poły surduta i chwosty przy butach wciąż się poruszały, jakby pod wpływem gorącego prądu wydobywającego się z rozpalonego pieca.

— Widzisz tę wykałaczkę? — zapytał Scrooge, wciąż usiłując otrząsnąć się z gnębiącego go coraz silniej przerażenia oraz odwrócić od siebie choćby na chwilę lodowaty wzrok widma.

— Widzę — odparł duch.

— Ale nie patrzysz na nią — podchwycił Scrooge.

— Mimo to widzę ją — rzekł duch.

— Och! — roześmiał się z przymusem Scrooge. — Wystarczy mi połknąć ją, aby przez resztę mych dni, do końca życia, być prześladowanym przez legion złych duchów mojej własnej fabrykacji... Głupstwo, powtarzam! Wierutne, kapitalne głupstwo!

Zaledwie Scrooge wymówił te słowa, duch zajęczał tak przejmująco i zatrząsł łańcuchami w tak ponury i przerażający sposób, że Scrooge przycisnął się do krzesła, aby nie upaść na ziemię ze strachu. Przerażenie jego doszło do najwyższego stopnia, gdy widmo zdjęło bandaż z głowy, jakby mu było za ciepło w pokoju, i gdy dolna jego szczęka opadła aż na piersi.

Scrooge upadł wtedy na kolana i zasłonił twarz dłońmi.