Ściśle mówiąc, kotarę rozsunęła jakaś ręka. I to nie część tej zasłony w nogach albo w połowie łóżka, lecz tę mianowicie, na którą Scrooge miał w tej chwili zwrócone oczy.

Gdy się to stało, Scrooge przysiadł na łóżku i znalazł się oko w oko z nadziemskim gościem, który się właśnie zjawił i stanął tuż przy ramieniu Scrooge’a.

Dziwna to była postać. Niby dziecko, a jednak nie tyle podobna do dziecka, ile do starca widzianego przez jakąś dziwną atmosferę, która oddalając go, zmniejszała do rozmiarów dziecka. Włosy, rozwiane i spadające na ramiona i niżej jeszcze, były białe jak włosy starca, gdy twarz, bez śladu nawet zmarszczek, miała cerę świeżą i rumianą, słowem, cerę młodzieńczą. Barki były rozrosłe, ręce długie i muskularne, dłonie tak rozwinięte, że zdawało się, iż posiadają nadzwyczajną siłę. Nogi i stopy, pięknie ukształtowane, były podobnie jak ręce obnażone.

Zjawisko przybrane było w śnieżnej białości tunikę objętą świetnym pasem, połyskującym jakby tysiącem brylantów. W ręce trzymało gałązkę świeżego, zielonego ostrokrzewu, suknię zaś jego, w dziwniej sprzeczności z tym symbolem zimy, zdobiły świeże kwiaty. Lecz najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że z wierzchołka głowy zjawiska wytryskał jasny promień światła, który rozjaśniał wszystko dokoła. W chwilach smutku Duch ten kładł na głowę zamiast czapki wielki kaptur do gaszenia świec, który teraz trzymał pod pachą.

Dla Scrooge’a jednak, który ze wzrastającym zainteresowaniem przypatrywał się gościowi, nie ów kaptur był największą osobliwością całej postaci. Scrooge’a zdumiewał pas Ducha. Pas ten lśnił skrzył się, połyskiwał i błyszczał raz w jednym miejscu, to znów w drugim, tak że to, co było w danym razie jasne, stawało się za chwilę ciemną plamą i przeciwnie. Cała postać zjawiska odbijała też owe zmiany świetlne, a wskutek tego przedstawiała się co chwila inaczej. To zdawało się mieć jedną tylko nogę, to jedną tylko rękę, to znów parę nóg tylko, to korpus bez głowy, to wreszcie głowę bez korpusu, Zmiany te odbywały się tak szybko, że nie można było dokładnie rozpoznać, gdzie znikały części tej postaci. Prawdopodobnie pochłaniała je ciemność nocy.

— Czy ty jesteś tym duchem, którego przyjście mi zapowiedziano? — spytał Scrooge.

— Tak, ja nim jestem!

Głos był miły, dźwięczny, lecz tak szczególnie słaby, jak gdyby dochodził z oddalenia.

— Któż ty jesteś? — badał Scrooge.

— Jestem Duchem Wigilijnej Przeszłości.